Notatki na temat Rybałko
Notatki na temat Rybałko

Wstęp

 

Czy nie za wcześnie na wspomnienia? Czy ja wiem. Mam ochotę i siły, więc piszę. Do pewnego okresu historycznego mam stosunek w tej mierze osobisty, że mogę powiedzieć: „moje czasy“. Nadal wydaje mi się, że nic się nie zmieniłam, że młodość jest tylko o krok. Ale coraz częściej moim rozmówcom lata 70-te wydają się równie odległe, co mnie – 30-te. Już nie mówię o latach 60-tych, to zamierzchła epoka. Przypuszczam, że w moich odczuciach nie jestem oryginalna. Wiele osób czuje podobnie, niektórzy nawet piszą wspomnienia, nieliczni z nich decydują się na publikację. Wyniki tego pisarstwa są rozmaite. Czasem daje się to czytać, czasem nie bardzo.

Zachwyciły mnie niedawno wspomnienia Agathy Christie. Pisała je ponoć przez 20 lat, rozkoszując się wspominaniem na papierze. Miała ciekawe życie, a i pamięć doskonałą. Cieple, żywe mówienie o domownikach, służących, ulubionych potrawach, pensjach dla dziewcząt, balach, teatrach, wyścigach końskich, podróżach, książkach przeczytanych i napisanych. O gdybym ja potrafiła tak nawspominać. Wydaje mi się, że tylu szczegółów nie pamiętam, zresztą życie płynęło mi chyba dużo monotonniej. Ale kto wie, co się okaże, kiedy otworzę moje skrytki i schowki.

 

Początek

 

Urodziłam się w Wilnie u świętego Jakuba. Oj, jak to staroświecko brzmi. Jakoś przedwojennie. Ale tak się wtedy i jeszcze przez kilkadziesiąt lat później potocznie mówiło. Oczywiście również przedtem, bowiem szpital przy kościele św. Jakuba istniał już w XIX (?) wieku. Była to miejska porodówka, a zarazem i umieralnia. Sowieci kościół zamknęli, szpital pozostał. A więc mogłam się tam urodzić pewnego lipcowego wieczora. Rodzice mieszkali wtedy na Podgórnej, w mieszkaniu Dziadunia i Babci. Wystarczyło przejść przez plac Łukiski i już się było na miejscu, wejście od strony rzeki. Tato nie musiał nawet brać taksówki, żeby przetransportować Mamę do szpitala.

Kościół górował nad placem, niemy, jakby nieobecny. Nie spodziewałam się, że kiedyś będę mogła tam wejść, wysłuchać mszy. Nawet za ogrodzenie nie było wolno. Święty Jakub istniał – i nie istniał zarazem.

Byłam pierwszym dzieckiem młodej pary, nic więc dziwnego, że mego przyjścia na świat wyczekiwano z dużym przejęciem. Podobno spóźniłam się o całe trzy tygodnie. Gdybym się urodziła zgodnie z planem, byłabym spod znaku Bliźniąt, a nie Raka. Ale i tak urodziny obchodziłabym w pełni lata, kiedy dnie są najdłuższe, a spać prawie nie warto. Miałam podobno długie czarne włosy i odrapany nos – za długo przeleżałam w wodach płodowych. Nie wyglądałam specjalnie pociągająco, bo w domu przezwano mnie zaraz „koczkodanem”. Po długich deliberacjach wybrano mi jedno jedyne imię, spełniające cały szereg warunków. Miało pasować do nazwiska, być polskie, ale zarazem łatwo pisać się po litewsku. Wśród możliwych opcji znalazły się również imiona Barbara, Krystyna i Regina, które odpadły, przede wszystkim z powodu dodatkowego „r” zbyt zgrzytającego przy nazwisku. Zabawne, ale w szkole przyjaźniłam się przez wiele lat z Baśką, a bliska koleżanka ze studiów nazywała się Regina. Inna koleżanka ze szkoły, z którą spędziłam później wiele czasu w wileńskich kawiarenkach na „zaduszewnych” zwierzeniach, to Krystyna Marczyk, znana dziennikarka wileńska. Żadnej Alicji nigdy bliżej nie poznałam, oprócz tej z krainy czarów Lewisa Carolla.

Ojciec studiował jeszcze na piątym roku medycyny. Wielu kolegów mówiło po rosyjsku, stąd też wiersz powitalny na moją cześć został ułożony w tym języku. Początek był wielce obiecujący: “Ty rodziłaś w bespokojnyj wiek, w Kosmos vot-vot poletit czełowiek...” Ciąg dalszy wypadł dość prozaicznie: trochę o radości wszystkich zainteresowanych, trochę o praniu pieluch, a wreszcie życzenie w stylu z tamtej epoki: następny potomek ma być rodzaju męskiego.

Znam te oraz inne szczegóły z wiarygodnego źródła. Po moim urodzeniu Tato zaczął pisać dziennik. Gruby zeszyt w twardej brązowej oprawie nie został zapisany do końca. Notatki, na początku częste i regularne, stają się coraz rzadsze i urywają się po trzech latach. W porządku, Tato. Od tego wieku zaczynam sama co nieco pamiętać. Na przykład nasze mieszkanie i naszą ulicę.

 

Ulica Podgórna

 

Ulica Podgórna to osobna historia. Leży w centrum miasta, a jednocześnie całkiem na uboczu. Lewą jej stronę stanowi jedno z wielu zboczy góry Bouffałowej, toteż numeracja domów stanowiła ciąg liczb nieparzystych i w czasach mojego dzieciństwa kończyła się na naszym: Pakalnės 13. Właściwie tylko litewska wersja nazwy ulicy zawiera w sobie zapachy i widoki mojego wczesnego dzieciństwa. W domu zawsze mówiło się Pakalnės, a właściwie „Pakalnies”, z wileńska, śpiewnie, najczęstszą frazą było: „kiedy jeszcze mieszkaliśmy na Pakalnies...”

Dziwnym zrządzeniem losu swego czasu mieszkali przy tej ulicy trzej znani skądinąd panowie: poeci Czesław Miłosz i Teodor Bujnicki oraz malarz Ludomir Slendziński (aktualnie Podgórna 7 i 9). W latach powojennych doszedł jeszcze jeden popularny twórca – Dominik Kuziniewicz czyli Wincuk Bałbatunszczyk, rzecznik mowy wileńskiej i niestrudzony jej popularyzator w mediach. O przedwojennych sąsiadach dowiedziałam się stosunkowo niedawno, natomiast Domka miałam szczęście poznać niemal od razu. Po prostu przyprowadził go do domu Dziadunio, wracający którejś niedzieli po mszy. Miał to być nie mniej ni więcej tylko „kolega dla Aluni”. Właśnie układałam lalkę do snu i robiłam to tym razem wyjątkowo długo, tak bardzo czułam się speszona i skrępowana. Ten kolega był znacznie starszy, miał coś z osiem lat i oczywiście nie przejawiał mną najmniejszego zainteresowania. Domek przychodził do nas od czasu do czasu, również wtedy, kiedy wyprowadziliśmy się do innego mieszkania. Nie tyle z ochoty do zabawy ze mną, ile w celu wypożyczenia kolejnych książek po polsku. Wypada tu dodać, że poznaliśmy się na nowo już jako dorośli i tylko przez przypadek odkryliśmy fakt naszego dziecinnego „kolegowania”.

Nasza kamienica została zbudowana w 1898, o czym świadczy data, niegdysiejszym zwyczajem umieszczona na progu. Wiadomo, że przed ostatnią wojną mieściła się tam jedna z miejskich łaźni, po której zostały takie faliste sufity. Po wojnie dom należał do kombinatu mleczarskiego („Pieno kombinatas”), na parterze przy rampie celebrowano skup mleka, na górnym piętrze siedzieli jacyś urzędnicy. Kiedy urząd przeniesiono gdzie indziej, puste pomieszczenia zostały przerobione na mieszkania dla pracowników kombinatu. Były to mieszkania od biedy, z pokoju wychodziło się wprost na długi wspólny korytarz. W naszej kuchni było owszem okno, ale i ono wychodziło na korytarz – może poprzednio siedziała w tym okienku kasjerka i wypłacała pobory, a korytarzem zwijał się długi ogonek?

Mieszkanie składało się poza tym z dwóch mniej więcej równych pokoi, z których pierwszy był przejściowy, i długiej ciemnej kuchni. W przejściowym pokoju mieszkali rodzice, w końcowym – Dziadunio i Babcia. Było ciasno, ale wtedy zupełnie tego nie odczuwałam. To był mój mały przyjazny świat, gdzie wystarczało miejsca na moje zabawki i książeczki, a to znaczy na wszystko. W drugim pokoju stało łóżko Dziadunia i Babci, biurko i najnowszy wykwit cywilizacji - telewizor. Początki telewizji litewskiej są datowane na rok 1957, więc aparat został nabyty stosunkowo wcześnie i raczej na wyrost. Nie pamiętam żadnych oglądanych programów, tylko wyszywaną w linie, listki i żółte kulki narzutę, która chroniła to cudo techniki przed kurzem.

Staromodny wózek służył do dalszych spacerów na Plac Lenina czyli Łukiski, albo do Zakretu. Czasami szło się do sąsiadki na pogaduszki. Sąsiadka miała synka Zenusia, grubaska trochę starszego ode mnie. Osłuchana z repertuarem „Mazowsza”, wyśpiewywałam głośno: „Kukajecka kuka, Zenuś Ali suka”. Chodziło mi wyłącznie o niewinną zabawę w chowanego i nie miałam pojęcia, dlaczego dorośli zaśmiewali się do rozpuku. Jednego dnia zgasło w domu światło i Zenuś wymyślił następującą zabawę: rzucanie kawałeczków papieru na płomień świecy. Okazał się przy tym zajęciu zręczniejszy, ja oparzyłam paluszek. Zatroskana Babcia prowadziła mnie z powrotem do mieszkania i szeptała: „Nie płacz, nie płacz, Dziadunio będzie się na mnie gniewał!”

Jedno z pierwszych wspomnień dotyczy małej szafki, tak zwanej „tumboczki”, stojącej przy drzwiach do kuchni. Mieściły się tam jakieś książki, które mnie niezmiernie korciły. Mama i Babcia siedzą na kanapie i śmieją się, podczas gdy ja udaję, że chcę wleźć do środka. Całkiem świadomie chciałam widzów rozbawić, rozbroić, swobodny dostęp do szafki miałam przecież zakazany. Moje własne książeczki mieściły się gdzie indziej, ale już nie pamiętam gdzie.

Życie na Podgórnej miało swój rytm. Z rana dorośli wychodzili do pracy, Babcia zostawała w domu z Alą. Na śniadanie dostawałam jajko, które nie zawsze bywało ugotowane na twardo, czasem wyciekała z niego obrzydliwa biaława ciecz. Palce Babci z trudem odrywały oporną skorupkę z przyklejonymi do niej kawałkami białka. To z tamtych czasów mam zwyczaj wyjadania tych kawałków ze skorupek. Tak robiła Babcia, przyzwyczajona do skrajnego oszczędzania. Jej stosunek do jajka, jako do artykułu niemal luksusowego, trwał w naszej rodzinie dość długo. Wyczytałam niedawno, że chłopi pańszczyźniani musieli oddawać panu rocznie po 6 jajek – nawet nie od osoby, a „z dymu” czyli z gospodarstwa. Jak cenne wówczas musiało być takie jajko. Jakim niesłychanym specjałem była wielkanocna baba, zagnieciona na 20 żółtkach.

Podobnie jak większość dzieci nie lubiłam jarzyn i tzw. zdrowych potraw. Tata pisał w swoim dzienniczku o mnie, półtorarocznej: „Alunia wygląda nieźle, ale apetyt ma marny. Właściwie nie lubi jeść treściwych pokarmów: chleba, ziemniaków, kaszki, lubi natomiast mleczko, kompot..” Nic dziwnego, dziadkowie podtykali mi mączne i słodkie „przerywniki”: herbatniki, pierniczki, sucharki, landrynki, wafelki. Pierniczki nazywaliśmy w domu nie wiadomo czemu „bundeczki”. Były stosunkowo tanie i miodem nie pachniały. Dziadunio chodził ze mną na spacery, których bardzo pożądanym celem bywał sklep spożywczy, gdzie na ladzie piętrzyło się urządzenie do dozowania soków. Składało się z metalowej konstrukcji, na której przytwierdzone były trzy stożkowane szklane pojemniki z kurkiem u zwężonego dołu. Czasem sprzedawczyni dolewała w naszej obecności soku do któregoś z pojemników, w każdym mieściły się dokładnie trzy litry. Sok pomidorowy kosztował tyleż co jabłkowy, czyli 10 kopiejek za szklankę, sok winogronowy za 18  kopiejek był dużo droższy, piłam go bardzo rzadko. Może nawet bardziej interesujące były automaty-budki z wodą sodową. Za szklankę wody należało wrzucić do szpary jedną kopiejkę, szklanka wody z sokiem, chyba malinowym, kosztowała 3 kopiejki. Dziadunio przypatrywał się tym automatom bardzo nieufnie, były według niego niehigieniczne, szklankę opłukiwać należało w tym samym aparacie, z wykorzystaniem tej samej wody. Dziadunio jako mleczarz wiedział o zarazkach aż za dużo. Dziwne wydaje mi się poniewczasie, że nie przeszkadzał mu podobny sposób opłukiwania szklanki przy stoisku z sokiem. Może dlatego, że sok był kilkakrotnie droższy od wody i konsumowały go przeważnie dzieci? Dziadunio obawiał się przede wszystkim gruźlicy, której zresztą nie uniknęłam.

 

Czas, by przedstawić mieszkańców tego niewielkiego mieszkania przy Podgórnej. Historię ich życia poznawałam stopniowo przez lata, które dane mi było z nimi spędzić.

 

Wanda

 

Babcię pamiętam od pasa w dół. Tyle sięgał mój dziecinny wzrok. Twarz wyłania się z licznych fotografii. Młoda ładna kobieta o słodkim i nieco przekornym wyrazie twarzy, dojrzała jejmość z dzieckiem za ladą własnego sklepiku, siwowłosa staruszka w ciemnej sukni. Nie dane mi było jej poznać. Zmarła na raka, kiedy miałam cztery i pół roku. Jej śmierć nie przejęła mnie zbytnio, dziwiło tylko czarne ubranie Mamy i to, że Tato płacze siedząc przy trumnie. Otwarta trumna stała w przejściowym pokoju, drzwi mieszkania były otwarte, ludzie wchodzili i wychodzili, w drzwiach tłoczyły się dzieci. Babcia wyglądała dziwnie i niezwykle, więc chciałam ją pokazać koleżankom. Nie było to stosowne zachowanie, moi bliscy byli nim niemile zaskoczeni. „My tu płaczemy, a tobie wesoło!”, podobne słowa na pewno musiały paść. Dookoła trumny stały doniczki z niebieskimi hortensjami. Był środek stycznia 1965, innych kwiatów w wileńskich kwiaciarniach wtedy nie było. Zima i socjalizm. Doniczki były ubrane w białe kryzki z marszczonej bibułki. Wyglądało to jednocześnie ładnie i przerażająco. Jeszcze wiele lat później kojarzyły mi się te hortensje wyłącznie z pogrzebem i żałobą.

Wanda, trzecia córka rymarza Augustyna Mieczkowskiego z miasteczka Sidra była przystojną panną, o miłym charakterze. Cztery klasy szkoły podstawowej stanowiły dostateczne wykształcenie dla dziewczyny, urodzonej pod koniec XIX wieku. Szczególnie gdy w domu się nie przelewało, a na świat przychodziło raz po raz młodsze rodzeństwo. Wanda należała do „starszych”, więc na jej barkach spoczywało wiele obowiązków: opieka nad młodszymi dziećmi, gotowanie, pranie, zapomniane dziś sztuki jak szycie i cerowanie. Toczyło się to życie dość spokojnie, mimo wszystko. Pierwsza wojna światowa zostawiła rany, ale tylko w sercu. Narzeczony Wandy wrócił już żonaty, czy może zaręczony z inną, te szczegóły zatraciły się z biegiem czasu. Ale istotne jest to, że Wanda straciła na długo ochotę na małżeństwo. Wcześnie, bo już jako osiemnastolatka, zaczęła siwieć, co zresztą nie miało nic wspólnego z zawodem miłosnym. Rodzeństwo podorastało, trzy siostry wyjechały szukać szczęścia do Ameryki, reszta też się jakoś w życiu ustawiła. Wanda zaczęła się starać o samodzielność finansową. Brat Otto prowadził w Sidrze sklepik, w czym pomagały mu siostry. Dlaczego nie spróbować gdzie indziej tego samego? Jedyną przeszkodą był brak gotówki, za którą należało się teraz rozejrzeć. Bogaci wujostwo z Grodna wątpili w menadżerskie zdolności Wandy i kapitału nie dali. Pożyczyć udało się u Żydów, którzy jej zaufali i nie zawiedli się. Sklepik w Łunnie dawał dość dochodu, żeby zapewnić utrzymanie i spłacić dług.

Jako osoba finansowo niezależna Wanda stanowiła atrakcyjną partię mimo przekroczonej trzydziestki. Miała naturalnie wielbicieli czyli kawalerów. Nie każdy jej pasował, a prawdę mówiąc – żaden. Bo i co to za kawalerowie w małym miasteczku?... Zachowała się historyjka o jednym z nich, prawdziwym pechowcu. Zjawił się u panny w odwiedziny, może i w celu oświadczyn, któż to wie. Panna wyszła na chwilę z pokoju. Czy zadziałał stres, czy zbyt obfity posiłek – dość, że kawalera tak „przyparło”, iż był zmuszony załatwić się na miejscu, między dwa talerze, które potem ustawił dyskretnie w kąciku. Prawdy jednak nie dało się ukryć, panna talerze zauważyła i zaciekawiona ruszyła ku nim. „Nie rusz, bo to moje!” wrzasnął pechowiec. Z zaręczyn wyszły oczywiście nici, ale historyjka została do opowiadania w rodzinnym gronie. Babcia na szczęście potrafiła z czasem dostrzec zabawną stronę wydarzenia.

W 2009 roku ruszył w niemieckich kinach nowy film Tila Schweigera „Dwuuche pisklę”. Reżyser, a zarazem odtwórca głównej roli poszukiwał do scenariusza opisu możliwie żenującej sytuacji, ogłosił nawet w tym celu coś w rodzaju internetowego konkursu. Za najbardziej żenujący został uznany wypadek pozostawienia przez pewnego młodzieńca torby z porannym interesem w mieszkaniu uwielbianej dziewczyny; stało się to oczywiście w wyniku pechowego zbiegu okoliczności, zatkania kanalizacji itd. Schweiger dowiedział się później, że historyjka jest ponoć zmyślona i od lat krąży w Sieci, ale to go oczywiście nie speszyło. Nietrudno jednak dostrzec analogię obu historyjek, które dzieli – bagatela – prawie 100 lat. Nie sądzę, że babcia swoją zmyśliła, w jej czasach „nie było takiej mody”.

Stabilizacja finansowa i samodzielność wpłynęły zapewne za nastawienie Wandy do instytucji małżeństwa. Traf chciał, że przybył do Łunny pewien młody człowiek, by objąć posadę sekretarza gminy. Jan Kozłowski miał 26 lat, kiedy oświadczył się i został przyjęty. Nie chciał wierzyć, że narzeczona jest o dziesięć lat starsza.

Było to małżeństwo na dobre i złe.

 

Jan

 

Dziaduniu, pytaliśmy jako dzieci, czy Piłsudski był dobry czy zły? Jak dla kogo, odpowiadał filozoficznie Dziadunio, dla jednych dobry, dla drugich zły. Po takiej odpowiedzi nie stawaliśmy się o wiele mądrzejsi. Może byliśmy wtedy za młodzi, żeby zrozumieć skomplikowaną sytuację polityczną z czasów, kiedy Dziadunio był młodym chłopakiem i marzył o zawodzie inżyniera. Dość że wolał nam opowiadać anegdotki z tamtych czasów, nawiasem mówiąc, nie przedstawiające Piłsudskiego w szczególnie pozytywnym świetle; pewnie akurat takie znał. Pokłóciło się dwóch spikerów polskiego radia i zapomnieli przy tym wyłączyć mikrofon. Jeden wrzasnął na drugiego: „Ja pana mam w d...!” Tymczasem córka Piłsudskiego Wanda powiada do siostry Jagódki: „Słuchaj, słuchaj, ojciec przemawia w sejmie!” Albo taki wierszyk-zagadka: „Co to za zwierzę, siedzi na Maderze, banany chrupie i wszystkich ma w d...” Współcześni mieli w lot odgadywać o kogo chodzi, my natomiast zachodziliśmy w głowę, co tu ma do rzeczy Madera. Ale wierszyk był lotny, zostawał w pamięci.

„Za polskich czasów”, tak najczęściej zaczynały się wspomnienia Dziadunia. Dobre to były czasy, przede wszystkim dlatego, że Dziadunio nie był wtedy dziaduniem, a młodym człowiekiem, panem Janem, który studiował w seminarium nauczycielskim, potem w szkole mleczarskiej, wreszcie odbywał praktyki, poszukiwał pracy, bywał w majątkach, gdzie go pouczano, że należy mówić nie „dziękuję”, a „dziękuję tak” lub „dziękuję nie”. Jedna panna chętnie by się za niego wydała, nawet by się może ożenił, ale poszedł najpierw zapytać księdza, co ma robić. Ksiądz powiedział oględnie: Zaczekaj, popytaj ludzi”, a wtedy się okazało, że ludzie różnie o panience i o jej wianeczku gadali. Pan Jan z ulgą zerwał stosunki, tym bardziej, że innych chętnych panien nie brakowało. Któraś uszyła mu nawet koszulę, ale źle, porywczy Jan wyrzucił ją (koszulę, nie pannę) przez okno na ulicę. Dziaduniu, wstydziliśmy go poniewczasie, jak mogłeś!...

Pan Jan miał alergię na truskawki, której podobno nabawił się w dzieciństwie, przejadłszy się jednego razu tymi jagodami. W jednym z majątków nie chciano mu wierzyć, domieszano truskawek do jakiejś potrawy (deseru?). Młodzieniec dostał bardzo oczywistej wysypki, pani domu przepraszała jak mogła. My też mieliśmy ochotę dokonać na Dziaduniu truskawkowego eksperymentu, a może alergia już minęła, tyle lat!... Nasze dawki były jednak niewielkie, a Dziadunio uważny, więc ostatecznie nie zdołaliśmy niczego ustalić i nie udało się nam z triumfem stwierdzić: koniec z alergią, pora na truskawkowe ekscesy!

 

Zęby

 

Jedną z najbardziej rodzinnych cech jakie znam, są zęby. Ich stan, ich kształt, kłopoty z nimi związane. Kiepskie zęby są rodzinnym przekleństwem, dziedziczność daje tu ponoć w rozpaczliwy sposób znać o sobie. Dziadunio wzdychał do rymu: „Zęby moje zęby, żeby nie te zęby, to byłaby d... z gęby”. Sam chełpił się tym, że tej samej szczoteczki używał od kilkudziesięciu lat. Z wiadomym skutkiem, zresztą. Nie pamiętam jednak, żeby się bezzębnymi ustami albo protezą przejmował. Te rzeczy należały do jego wieku i już.

Babcia Wanda straciła zęby też dość wcześnie, jeszcze za lat panieńskich. Przeszła przedtem całą gehennę fluksji i niezdarnego leczenia oraz protezowania. Stąd zachowały się rodzinne rady i porady, jak przeżyć noc z wrzodem na dziąśle i w ogóle jak obchodzić się bez dentysty w sytuacji małego miasteczka, gdzie jedyny lekarz dysponował najwyżej jakąś końską kuracją. O zapobieganiu próchnicy nikt nie miał zielonego pojęcia. Bezzębny los trzeba było znosić pokornie i cierpliwie jako jeszcze jeden nieuchronny krzyżyk do dźwigania na drodze życia. Jak wiele w tym myśleniu było całkiem zbędnego fatalizmu, przekonałam się dopiero w ostatnich latach. To prawda, że niektórzy dostają lepsze wyposażenie od natury, ale o każde wyposażenie można przecież odpowiednio zadbać. Banalna to prawda, ale dużo wody musi upłynąć zanim potomkowie fatalistycznie bezzębnych uzmysłowią sobie, jak bardzo jest słuszna.

 

Aloes

 

Jako roślina pokojowa jest dziś praktycznie nieznany. Estetyka aloesu jest żadna, a pokłuć się można dotkliwie. Roślina wyrasta nawet na wysokość okna, jako sukulent nie wymaga ani dużej ilości ziemi, ani częstego podlewania. W jeszcze w latach 80-ych widywało się w Wilnie często aloes na parapetach starych domów na Zwierzyńcu, Zarzeczu, wzdłuż Kalwaryjskiej. Kojarzył się z zakurzonymi szybami, obłożonymi watą dla zachowania ciepła, ze staruszkami, dla których był zapewne ozdobą i lekiem na wszelkie choroby.

Bo aloes słynął swego czasu z właściwości leczniczych. W lodówce na Żyrmunu stał półlitrowy słoiczek z drobno pokrajanymi liśćmi, zasypanymi cukrem, który już dawno przemienił się w zielonkawy syrop o specyficznym, gorzko-słodkim smaku. Dostawaliśmy po łyżeczce dziennie na apetyt. Nie pamiętam już, czy pomagało, ale lubiłam ten smak, chyba że „soczek” zaczynał fermentować. Z czasem słoiczek znikł, podobnie jak wazony z aloesem z naszych parapetów. Może byli to potomkowie tamtego prawie mitycznego aloesu, który uratował życie Dziadunia?

A było to tak. Brak pracy, kryzys lat 30-tych spowodował, że Jan znalazł się w Łunnie, na posadzie sekretarza gminy. Tam też zapoznał się ze starszą o 10 lat Wandą, która prowadziła w miasteczku „Chrześcijański sklep” z różnościami. Ślub odbył się w styczniu 1932 roku, w rodzinnym miasteczku Wandy Sidrze. Niedługo potem sklep okradziono, Jan podjął się pilnowania nocami, co się nie najlepiej skończyło. Po silnym przeziębieniu zapadł na gruźlicę. Ta diagnoza w owym czasie równała się praktycznie wyrokowi śmierci. Pomogło leczenie zielonymi liśćmi aloesu; Dziadunio twierdził, że spożył wtedy kilka wazonów. Aloes stał się odtąd czymś w rodzaju talizmanu, jeden kolczasty wazon towarzyszył rodzinie w bombardowanym w czasie wojny pociągu, podczas gdy reszta dobytku przepadła. Niezniszczalny aloes rósł potem w Ejszyszkach i w Wilnie pod kolejnymi adresami: Słoneczna, Podgórna, Żyrmunu. W bloku przy tej ostatniej ulicy dokonał swego kłującego żywota. Nastały nowe czasy, apetyt nam dopisywał, na gruźlicę wynaleziono antybiotyk, a na oknach modnie było mieć małe kaktusiki.

 

Dolce vita w Daugieliszkach

 

Ach te Daugieliszki. Tak często słyszało się w domu tę nazwę, która sugerowała jakieś prehistoryczne czasy, kiedy Dziadunio był młody i chadzał z pistoletem. Daugieliszki wzięły się z braku miejsc pracy w zawodzie. Bo jak długo można było być „piszczykiem” w gminie za psie pieniądze, kiedy się miało dyplom w kieszeni?... Informacja o miejscu pracy w mleczarni w Daugieliszkach w powiecie święciańskim wpłynęła ok. 1934 roku. Propozycja była kusząca, tym bardziej, że bliżej rodzinnych stron Jana. Na początku wyjechał sam, żeby zbadać sytuację i objąć posadę, Wanda i dwuletnia Halinka zostały w Łunnie. Wanda nadal prowadziła sklep, zmuszona odpowiadać na podchwytliwe pytania o męża, a kumoszki szeptały na temat „porzucił i odszedł”. Spłacała ponadto kredyt zaciągnięty na budowę domu, w którym mieścił się także sklep (pierwszy sklep znajdował się w wynajętym lokalu).

Jan prowadził w Daugieliszkach dość swobodne życie kawalera. Zarabiał niewiele, 180-200 złotych (w mleczarniach w Litwie kowieńskiej kierownik otrzymywał ok. 400 litów; krowa kosztowała 100 litów). Należał jednak widać do miejscowej śmietanki: młody, wykształcony, wysoki, przystojny. Często odwiedzali go przedstawiciele gminnych władz, ot np. komisarz policji. W wynajętym mieszkaniu był duży pokój, w którym stał stół z poczęstunkiem na okrągło: pieczeń, chleb, wódka (Jan był praktycznie abstynentem). Odwiedzający mogli się więc w każdej chwili poczęstować. Kiedy Wanda przeniosła się wreszcie do Daugieliszek, a stało się to dopiero po roku czy dwóch (ok. 1936), zastała nie tylko kupę brudnych skarpetek za piecem oraz duży nieporządek, ale i mężowskie długi. W początkach zarządzania mleczarnią Jan miał zapomnieć o jakimś pokwitowaniu za dużą sumę pieniędzy, którą teraz należało spłacić z własnej kieszeni. Zarząd mleczarni postanowił, że kierownik powinien pieniądze zwrócić, toteż w charakterze wynagrodzenia Jan dostawał zaledwie 120 zamiast 180 złotych. Wtedy Wanda zaczęła wydawać obiady dla lokalnych urzędników, żeby podreperować rodzinny budżet. Ponadto wpływały regularnie pieniądze za wynajem domu w Łunnie, prawda, tylko do 1939 roku. Sklep został przed wyjazdem sprzedany dla rodziny, która wynajmowała dom.

Okres daugieliski był później przez Jana wspominany często i z sentymentem, zajmując więcej miejsca w jego opowiadaniach niż należało się spodziewać, był bowiem stosunkowo krótki, około 4 lat. Były to jednak ostatnie w miarę spokojne lata przedwojenne, bez wielkich zbytków i dostatku, ale w normalnych warunkach. Potem już była wojna, a jeszcze później nastał czas sowiecki.

 

Partyzant Kozłowski

 

Na początku wojny przez Daugieliszki wycofywało się wojsko polskie. Zanim weszły tam oddziały sowieckie, przez kilka tygodni panowało bezkrólewie. Zaczęły się rabunki i napady na Żydów. Jan zaproponował, żeby utworzyć milicję obywatelską, czuwającą po nocach w miasteczku. Sam posiadał legalnie pistolet, sypiał nawet z nim pod poduszką. Zaczęły się też kłopoty ze skupem mleka, dostawcy nie chcieli brać złotówek. Jan zakupił w Wilnie większy zapas skóry „podeszwicy” oraz tytoniu, w ten sposób starając się zapewnić ciągłość pracy w mleczarni; dostawcy brali chętnie taki towar w zamian za mleko.

Kiedy weszli Sowieci, ktoś podszepnął sołdatom, że mleczarz Kozłowski ma mnóstwo tytoniu. Stawili się u niego, żądając, żeby wydał im „tabak”. Kozłowski odmówił, wyjaśniając prostodusznie, że tytoń należy nie do niego, tylko do akcjonariuszy mleczarni, toteż nie ma prawa go oddać. Po paru dniach został aresztowany pod zarzutem ...przewodzenia miejscowej partyzantce. Jacyś „życzliwi” donieśli, że organizował w miasteczku milicję, co Sowietom wydało się równoznaczne z ruchem oporu. I do tego jeszcze ten tytoń...

O jakiejkolwiek partyzantce w tamtym czasie jeszcze nie było mowy. Dowodem na to, że Sowieci serio brali wymyślone przez siebie zarzuty, było kluczenie po okolicy przy przewożeniu Jana z Daugieliszek do aresztu w innym miasteczku – żeby go rzekomi partyzanci nie odbili. Inscenizowali nawet scenę rozstrzelania pod sosną, kule poszły górą, ale Jan najadł się strachu.

Aresztowanie skończyło się za wstawiennictwem miejscowego komunisty, zresztą dobrego znajomego Jana. Na świeżo okupowanych terenach Sowieci postępowali wtedy nieco oględniej, urządzili nawet coś na kształt dochodzenia. Przychylne podejrzanemu świadectwo mogło pozytywnie wpłynąć na wynik. Jan został wypuszczony na wolność, obyło się nawet bez rewizji. Niemniej jednak w mieszkaniu zadomowiło się NKWD, zabierając dwa z trzech pokojów.

Wiadomość o ustanowieniu nowej granicy między Rosją a Litwą Kowieńską dotarła do Daugieliszek na krótko przed faktem dokonanym. Miasteczko miało przypaść Sowietom. Jan, Wanda i Halinka zdążyli w ostatniej chwili przedostać się na teren litewski, był koniec października 1939. Wanda z córką miała przeczekać nieopodal granicy w jakimś ustronnym domu, z którego okien było widać jadące pociągi, a Jan dotarł do Ignaliny, gdzie zdobył posadę kierownika mleczarni i wynajął mieszkanie dla rodziny. Halinka poszła w Ignalinie do pierwszej klasy.

Mleczarnia w Ignalinie, podobnie jak wszystkie litewskie mleczarnie, należała do organizacji Pienocentras, która organizowała również dokształcanie pracowników. Latem 1940 roku Jan pojechał do Uciany, żeby poduczyć się obowiązującej księgowości i zasad administracji. Tam stołował się w domu miejscowego mleczarza i obserwował odmienne porządki. Dziwiło go m. in. wynoszone z mleczarni masło, na którym mleczarza żona smażyła wszystko, tak że potrawy po prostu pływały w tłuszczu. Jan był pod względem cudzej własności wyjątkowo drobiazgowy.

Jesienią tegoż roku rodzina wyjechała do miasteczka Tetervinai przy Pasvalys, gdzie wakowało miejsce mleczarza; poprzednik został wywieziony przez Sowietów. Nad miasteczkiem unosił się odór moczonego lnu, gospodarze byli dość majętni.

Fala wywózek jednak się nie skończyła. W 1941, tuż przed początkiem wojny niemiecko-sowieckiej zarząd Pienocentrasu w Kownie kazał Janowi wybierać między dwoma wakującymi posadami: w Możejkach czy w Ejszyszkach. Wanda jednoznacznie wolała Ejszyszki, bo tam Polacy. Kolejna przeprowadzka miała się odbywać pociągiem ze stacji w Pasvalys, gdzie do wagonów towarowych załadowano zawartość siedmiu wozów: meble, książki, ładne naczynia. Rodzina wyruszyła zawczasu pociągiem osobowym, bagaż podręczny stanowiły dwa kosze z bielizną pościelową, skrzynka z kurczakami, dwa aparaty radiowe i osławiony wazon aloesu na kolanach Halinki. W drodze zaczęła się wojna, koło Oran Niemcy ostrzelali pociąg z samolotów. Na stacji kolejowej w Oranach tego czerwcowego dnia stały ciężarówki, na które oficerowie NKWD ładowali swoje rodziny, żeby jak najprędzej wycofać się do Rosji. Podróżni pociągu schowali się w piwnicy jakiegoś domu w Oranach. Wanda przytomnie skorzystała z okazji i kupiła w miasteczku trzy salaterki, jakieś kubeczki, „bo nie będzie z czego jeść”, jakieś materiały. Talerzy użyczyli im już mieszkańcy Ejszyszek.

Rodzina dotarła do Ejszyszek wynajętym wozem o dziewiątej rano. A w południe weszli do miasteczka Niemcy. Dobrze się stało, że wojsko nie ogarnęło podróżników na gościńcu, mogliby po prostu zostać rozstrzelani.

Odtąd zaczęła się wojenna prowizorka: mieszkanie w jednym pokoju kątem u niejakiego Nikodema Massalskiego, spanie na pierzynach rozesłanych na podłodze. Po pierzynach skakały pchły. Wojsko niemieckie szło przez dwa tygodnie pod samym domem. Halinka zaczęła chodzić na katechizm, nie mogła przejść przez drogę sama z powodu tego wojska. Potem rodzina objęła w posiadanie mieszkanie po wywiezionym mleczarzu, całe trzy pokoje. Jego krewna sprzedała im parę rzeczy: tapczan, materac, stół okrągły, komodę. Jan bał się pojechać po rzeczy do Pasvalysu, zresztą nie było czym jechać. Napisał do znajomego bogatego gospodarza, żeby zabrał do siebie te rzeczy. Znajomy zrobił to i potem uczciwie przesyłał w paczkach różne drobiazgi, w tym lalki Halinki. Inne rzeczy zatrzymał u siebie. W 1945 roku, po powrocie władz sowieckich, został oskarżony o nieprawomyślność i wywieziony na Syberię. Po wojnie Jan pojechał w te strony, odwiedził kilku znajomych i w ich domach zobaczył swoje rzeczy. To pewnie oni przyczynili się do oskarżenia, a potem podzielili się łupem...

 

Przeprowadzka

 

Rok, w którym umarła Babcia, okazał się rokiem zmian. W kwietniu Dziadunio ukończył 60 lat i mógł udać się na zasłużoną emeryturę. Oznaczało to w praktyce, że mógł oddać się całkowicie opiece nad wnukami – mój brat Janusz ukończył właśnie rok. W owych czasach w ZSRR mężczyźni nie żyli długo, a ubezpieczenie emerytalne mogło spać spokojnie. Dziadunio, który nie pił i właściwie nie palił, miał dobre szanse. Wykorzystał je w zupełności i przeżył żonę o 20 lat. Wanda przed śmiercią miała podobno swatać męża swoim siostrom, tak przynajmniej twierdził ze zgorszeniem Dziadunio. Jedna z sióstr pisała do niego z Polski, chciała nawet przyjechać w odwiedziny. Dziadunio oczywiście nie odpisał, jeszcze czego!...

Rodzice ciułali na osobne mieszkanie, w nowym budownictwie. Odmawiali sobie wszystkiego, byle tylko zgromadzić wymaganą sumę wpłaty, 2 tysiące rubli. Było to mieszkanie spółdzielcze, tzw. „kooperatyw”. Wielu wolało zaczekać w kolejce na mieszkanie państwowe, które się dostawało za darmo. Państwo musiało się przecież troszczyć o potrzeby obywateli, a komunizm był przecież tuż za rogiem, więc po co oszczędzać. Mieszkanie spółdzielcze uważano jednak za rodzaj luksusu, a może konieczności dla szanującej się rodziny. Babcia kiwała z powątpiewaniem głową: „Oszukają was, pieniądze zabiorą...” Tyle złych rzeczy w życiu widziała. Tu jednak nie miała racji, nie dane jej było jednak o tym się naocznie przekonać. Zmarła w styczniu 1965, a do nowego domu wprowadziliśmy się w listopadzie. Brałam w tym wydarzeniu świadomy i aktywny udział, przypominam, jak niosłam po schodach jakiś duży kawałek dykty. W mieszkaniu nie było światła, paliły się świeczki i kapał wosk. Wszyscy jednak czuli się podnieceni i szczęśliwi: nareszcie. Az trzy duże pokoje, kuchnia, a do tego prawdziwa wanna i – szczyt marzeń – biały czysty klozet. Więcej żadnych nocniczków, chodzenia w słotę i mróz do wychodka na podwórze.

Nasz dom był jednym z pierwszych w nowej dzielnicy mieszkalnej Žirmūnai, położonej stosunkowo niedaleko starówki, wzdłuż Wilii. Po drugiej stronie rzeki, równolegle, rozciągał się Antokol, z okna kuchni widać było falistą linię pokrytych lasem gór Sapieżyńskich. Szczyty sosen, widziane z tej perspektywy, tworzyły tajemniczy ząbkowany brzeg, w którym zwidywały mi się litery. Jedno słowo czytałam z jednakową satysfakcją co rano przy śniadaniu: „Michaś”. Któregoś dnia zauważyłam lukę w „moim” słowie. Zrąbano widać parę drzew i już nic sensownego nie dało się odczytać. Nad Sapieżynkami co rano wschodziło słońce i był to widok wręcz podniosły, szczególnie zimą, kiedy cały widziany z okna krajobraz tonął w śniegu. Na szybach wykwitały czasem piękne kwiaty ze szronu, a u dołu, między ramą okienną a parapetem tworzyły się cienkie i grube lodowe sople. Nie pamiętam, żeby w mieszkaniu było za zimno, pewnie przyjmowałam pogodę jako coś z góry danego, co należało znosić bez skarg i komentarzy. Lubiłam te sople wykruszać, wyłamywać, aż kawałki lodu strzelały po całej kuchni. Można też było chuchać na oszronione szyby i robić okrągłe okienka do wyglądania na zewnątrz. Myślało się przy tym o dzieciach z bajki Andersena o Królowej Śniegu, które z podobnym skutkiem przykładały do szyby rozpaloną monetę. Może i mnie uda się zobaczyć sanie, unoszące się nad Żyrmunką, może sama Królowa zajrzy przez szybę do środka?... Wiedziałam dokładnie jak wygląda, bo co roku oglądaliśmy ten sam piękny animacyjny film „Snieżnaja korolewa” (1966). Należał do zimy jak śnieg, lód i zamarznięte okna.

 

(Ciąg dalszy nastąpi)