Notatki na temat Rybałko
Notatki na temat Rybałko

2008

2008-01-28

Zabawny wierszyk Heinego w dodatku telewizyjnym do gazety:

Du fragst mich, Kind, was Liebe ist!

Ein Stern in einem Haufen Mist.

I zaraz udało mi się tłumaczenie, bez zastanawiania się i notowania:

Czym jest miłość, me dziecię? – Pytanie niegłupie.

Miłość to gwiazda, lecz w nawozu kupie.

I to jedyny dowód moich sił twórczych w tym roku.

 

2008-04-14

Dałam nurka w genealogię i historie rodzinne, ale już się zaczynam wynurzać, bo poczułam dno: głębiej póki co nie można. Zaplątałam się we współczesne amerykańskie dane Janzaruków – jałowe to zajęcie, mało pola do wyobraźni.

 

2008-05-01

Żeby uznać strony rodzinne za egzotykę, trzeba odjechać daleko. Żeby uznać za egzotykę strony rodzinne dziadków, trzeba odjechać jeszcze dalej – w dojrzałość.

 

2008-05-15

Próbuję powtórzyć na głos, jak Janzaruk brzmi po angielsku. Nie do rozpoznania, mniej więcej tak: DżiAnzArak, to A to szerokie amerykańskie „a”, nie do oddania w  polskim tekście.

 

2008-06-08

Wróciłam z Wilna 3 czerwca i wpadłam w wir projektów oraz prac domowych. Jednak wrażenia trzymały mocno, szczególnie Lewicki i w ogóle ludzie z „Kapeli Wileńskiej”. Skarżyli się na brak repertuaru, Zbyszek napisał muzykę do moich wileńskich limeryków, pewnie z braku laku, bo limeryki nie bardzo się nadają jako piosenka. Wróciłam do domu, poszłam do mego mieszkania na górze i pogrzebałam w szufladach. Znalazłam osobną teczkę z tekstami dla „Kapeli”, było tam sporo fragmentów, pozaczynanych, nie domyślanych do końca. Niewiele myśląc zgarnęłam wszystko do walizki. W pociągu, w drodze do Berlina na posiedzenia rady nadzorczej przeglądnęłam te zapiski i już wiedziałam, że jest tam przynajmniej parę pomysłów. Jeden z nich zrealizowałam na poczekaniu, powstał tekst „Wycieczka do Wilna” – o tym jeszcze nawet Śnieżko nie napisał! Trochę zjadliwie wyszło, ale tak trzeba. „Zaczynem” okazały się strofki sprzed 15 lat: „szli my przez Lipówka, szli przez Puszkinówka”. Oraz to, że pokazałam Natalii Ostrą Bramę, wszystko dokumentnie wyjaśniając, jak to ja, nawet tego młodego żebraka na wyżłobionych kolanami schodkach. Poszłyśmy wtedy nawet i do cerkwi (na jej życzenie), gdzie z zainteresowaniem przyglądała się symbolicznym zwłokom trzech męczenników. Teraz już wiele rozumie, może wytrzymać dłuższe piesze wędrówki. W każdym razie obejrzałam sobie wówczas Wilno oczami polskiego czy też zagranicznego turysty. I to się okazało istotne dla tekstu.

 

2008-06-13

Tygodniowy pobyt w Wilnie okazał się wspaniały: poczułam się kimś ważnym, kogo się zna ze szkolnych lektur, o kim się słyszało i czytało, ale dopiero teraz ma się okazję poznać. Tak mówili mi Polacy i nawet Litwini. Jestem Kopciuszkiem, który ma swoją godzinę na balu, ale zaraz potem musi wracać do domu i dalej rozgrzebywać popiół. Nie buntuję się, wiem, że nie chciałabym na dłuższą metę życia na scenie, życie w ukryciu i incognito bardziej odpowiada mojej naturze. Zresztą lepiej mi się myśli w zaciszu. Takie wyjazdy są jednak konieczne, żeby zachować własne literackie ja.

W Wilnie spotkałam wielu znajomych, poznałam parę nowych osób.

Zmarł Tadeusz Kwiatkowski Cugow, 6 czerwca, na raka krtani i płuc. Podobno nagle. Dziś pogrzeb. To była barwna postać, często się tacy nie zdarzają. Nazywał mnie „Świtezianka”. Szczycił się swoim wileńskim rodowodem, a ja go przekornie przezywałam „Ty, koroniarzu!” – bo dla mnie litewskości było w nim za mało, a poza na Litwina trąciła fałszem. Trochę się o to oburzał, ale pamiętam, że jakoś nawet cieszyło go to zapomniane określenie „koroniarz”, nawiązywało do dawnych czasów Unii Lubelskiej, do których i on starał się nawiązać.

 

2008-06-15

W Wilnie Romek wręczył mi swoją książeczkę opowiadań, którą wydał własnym sumptem we własnym wydawnictwie. Bardzo ładna to książeczka i przeczytałam z ciekawością oraz przyjemnością. Romek pisze krótko i prosto, i ja chciałabym tak napisać. I pewnie potrafiłabym. Temat – rodzinne wspomnienia, choć są tam też opowiadania wcześniejsze, poetyckie. Przyznaję, że książeczka ta mnie natchnęła, choć póki co z tego natchnienia nic nie wynikło.

Otrzymałam też inną publikację: ozdobny zeszyt na 50-lecie pracy dziennikarskiej Krystyny A. Pięknie wydany, wiele zdjęć, treść też ciekawa. Najgorzej z polszczyzną. Przeciętny czytelnik w Wilnie może błędów nie zauważy, albo przymknie oko. Ale w Polsce?... Dlaczego musimy ciągle wyjeżdżać na taryfie ulgowej?... Oni tam w Wilnie i tak biedni, więc po co ich gnębić uwagami...

 

2008-07-02

Znalazłam się w sieci przeszłości. O, mocy słowa pisanego! Czytam swoje własne dzienniki, pisane ponad 15 lat temu. Przywiozłam je z Wilna już dawno, ale nie miałam czasu, żeby czytać. I trochę się ich bałam, przyznaję. Nie bez powodu, jak widzę. Przeszłość wróciła z ogromną siłą, notatki są przesycone erotyzmem, bez którego już się nauczyłam żyć. Moje trzepotliwe „ja” na tle przemian społecznych, o których tylko boczkiem wspominam. Odkryciem było dla mnie istotne polepszenie się stylu mniej więcej od roku 1990. Widocznie wpływ nowych lektur, literackich wypraw do Polski, nowych ciekawych znajomości. Przecież ja w tamtych latach odkrywałam Konwickiego i Gombrowicza, współczesną prozę i poezję, które pchały się wówczas drzwiami i oknami: z każdej podróży do Polski przywoziłam pół walizki książek, podarowanych albo i kupionych.

W głowie mi się roi od dawno zapomnianych postaci, niektóre osoby już nie żyją, być może pukają z zaświatów: „napisz!...” Pewnie trzeba zaczynać powoli, nie od eposu, ale od szkicu, krótkiego eseju, opowiadanka w stylu Romka. Ale mnie się chce eposu, epopei, powieści-rzeki, powieści-patchworku, posklejanej ze wspomnień, wierszy, ówczesnych notatek, wyrywków z prasy, wreszcie ze zmyśleń i domniemań.

 

2008-07-07

Nareszcie sympatyczne urodziny: trochę stresu, ale i poczucie panowania nad sytuacją, wyraźnie zadowoleni goście, udane proste dania i pogoda w sam raz. Wprowadziłam Hildegard w zamknięty krąg rodzinny, dopasowała się doskonale, nawet zna legendarny Borghorst, bo była tam przez parę lat nauczycielką. Na kolację podałam chłodnik z ciepłymi kartofelkami i połówkami jajek, kto chciał, mógł dobrać jeszcze kotlecików wielkości pudełka od zapałek.

Marija koniecznie chciała się na wstępie dowiedzieć, ile to ja lat ukończyłam, wręcz nachalnie i obcesowo. Wykręciłam się, co wzbudziło jej duże niezadowolenie, a może i zepsuło humor na resztę wieczoru, bo mało się odzywała. Za to Dirk rozgadał się, miałam wrażenie, że dobrze się u nas czuje. Zawsze mam ochotę go oswoić, wywabić z ukrycia.

Zdjęcie eksmodelki Nielssen w gazecie, jak daje się obrysowywać chirurgowi przed serią zabiegów odmładzających; czarne linie znaczą na jej obfitym ciele miejsca, gdzie zapewne zostanie usunięty zbyteczny tłuszczyk. Ładna kobieta. Była. Ma 45 lat, chce wyglądać na trzydziestkę. Co za naiwność. Oczu nie da się zmienić, w nich jest przeżyty czas. Dziadunio ujmował to prościej: „Nie pomoże puder, róż, kiedy baba stara już”. Baba Nielssen. Przed zabiegiem i pewnie po zabiegu. Tak całkiem naiwna chyba nie jest, zabiegi „renowacyjne” są (były?) filmowane i od jutra można je będzie sobie obejrzeć w TV w ramach nowego dokumentalnego serialu. Czyli forsa zapewniona dla wszystkich zainteresowanych. Tylko ten wierszyk Dziadunia nie chce mnie opuścić. Nie pomoże puder, róż....

 

2008-07-20

Notatki z Baltrum: Trudno jest zapisywać myśli ulotne, dlatego właśnie kusi mnie, żeby spróbować. Mieć zawsze pod ręką notes, ołówek, chwilę czasu.

„Język do Kijowa zaprowadzi”, analogicznie jest po rosyjsku, też idzie się do Kijowa. Kijów, jako najdalsze miejsce, kresy. Zarówno od strony polskiej, jak i rosyjskiej. Za Kijowem nie było już nic?... Skąd się szło do Kijowa?... Pomyśleć, jak wielu ludziom to przysłowie z Kijowem nie wyda się przestarzałe, bo Kijów nadal jest gdzieś na końcu świata. Ale dojść do niego można. Pieszo. Z językiem w pogotowiu.

 

2008-07-23

Notatki z Baltrum: Engels wcale nie miał racji, jeżeli wierzyć rewelacjom z „Psychologie heute”. To nie praca stworzyła człowieka, a jego zdolności do obcowania, dzielenia się wrażeniami. Nawet roczne dziecko potrafi pokazać rączką komuś coś, co je zaciekawiło. Żadne zwierzę tego nie potrafi.

 

2008-08-02

Notatki z Baltrum: nie mąż, tylko żona opatrzności. Dlaczego nie? Czuję się taką żoną.

 

2008-08-20

Krótka podróż do Wilna 14-19 sierpnia. 15go wyjechaliśmy do Białegostoku, Sokółki i Sidry. Jak po ogień, na groby, poznać krewnych. Ciągle powtarzałam: lepiej krótko niż wcale. Mama czuła się nie najlepiej, nie obeszło się bez konfliktu. Ale wydaje mi się, że ta podróż i jej zostawiła ważne wspomnienia. Poznałam siostry Annę Wiśniewską i Helenę Mieczkowską. Anna wydała mi się bardzo podobna do Anastazji, którą znam przecież tylko ze zdjęć. Swoja, swoja. Ostre sądy, energia nieco zgorzkniała, nieoczekiwane wycofywanie się pod najlżejszym naciskiem. To ostatnie przypominało Hankę B. Niedobrze, jeżeli wrażenie opowiada prawdzie.

Trzy godziny spędziłam w archiwum MAB. Przeglądnęłam dokładnie metryki parafii Repla w latach 1870-1871 – inne roczniki tylko starsze. Krótki wycinek czasu. Wielu rodzin nie da się zauważyć, tylko te, w których miały miejsce „wydarzenia metrykalne”. Rodzina Rybałków była chyba tylko jedna w całej parafii: Antoni i Anna z Jeremiczów, zamieszkali w Duchowlanach, doczekali się dwóch córek wg zasady „co rok prorok”, starsza Zofia zmarła. Co z młodszą Ewą, czy kiedykolwiek się tego dowiem?

Najważniejszym wynikiem jest poczucie dumy, które przetrwało do dziś: ja swoje informacje czerpię z archiwum, z pierwszej ręki, a nie z niepewnych źródeł netu. I jak to dobrze, że znam urzędowy język Imperium, w którym rodzili się, żyli i umierali moi przodkowie. Nigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy przyda się to, co niesłusznie pogardzane.

 

2008-09-10

„Sybilla“ Pära Lagerquista, rarytas. W Niemczech do zdobycia tylko stare wydania na giełdach internetowych. Czytałam tę książkę kiedyś po szwedzku, teraz czytam po niemiecku, po chyba 13 latach. Podziwiam czysty, klarowny język. Książkę czyta się szybko, bo jest napisana oszczędnie, w epoce przedkomputerowej. Kiedyś identyfikowałam się z Sybillą, Pytią, nietykalną prorokinią, teraz widzę, że stopień identyfikacji skurczył się do minimum. Pewnie udała mi się ta sztuka, która Sybilli nie wyszła: stać się zwyczajną kobietą poprzez miłość mężczyzny. Teraz zwracam uwagę na inny motyw powieści: upośledzone dziecko. Ten motyw występuje nieczęsto w literaturze, choć u Skandynawów spotkałam go już u Hamsuna w „Błogosławieństwie ziemi”, gdzie bohaterka cierpi na rozszczep wargi i podniebienia i rodzi córkę z taką samą wadą. Czyli innymi słowy moje biologiczno-genetyczne ja wzięło górę nad ja poetycko-lirycznym. Przypuszczam, że na tym fikołku sprawa się nie skończy...

 

2008-09-30

„Babunia” Karpowiczowa z mickiewiczowskiego Cząbrowa jako świadek zniszczenia dworku przez czerwonych partyzantów jeszcze mocniej ufała w miłosierdzie Boże, bo przecież uszła z życiem i ze zdrowiem. Inni właściciele majątków ginęli w czerwonym potopie, a ona nie. Jak bardzo trzeba wierzyć – nie tyle w Boga – co w swoją wyjątkowość. W to, że Bóg zlituje się właśnie nade mną, bo to ja jestem najbardziej godna ratunku. Czy to przypadkiem nie grzech pychy okazuje się tak bardzo przydatny w czasie próby?...

 

2008-10-29

Szkoda, że przestałam wierzyć w swoją wyjątkowość. Już się nawet nie usprawiedliwiam z niepisania. I mam coraz mniej do powiedzenia, więc nie to nic nie szkodzi. Ach, gdyby przyszedł ktoś, krzyknął, tupnął, zażądał: na jutro ma być reportaż, artykuł, felieton.