Notatki na temat Rybałko
Notatki na temat Rybałko

2007

2007-01-02

Buduję w głowie powieść-nie powieść, taki tekstowy patchwork, rzecz jasna o Berg Fidelu. Może nazwę to Radosne Wzgórze, kto wie. Na wzór Zielonego, a nie jest to kiepski wzór. Zastanawiam się teraz, czy może powstać książka z głębokiego wewnętrznego zadowolenia, zadomowienia się w życiu aktualnym, nie w marzeniu. Gdyby była to w dodatku dobra literatura, to wyszłaby książka bardzo oryginalna, bo rzadko kto pisze z zadowolenia. Zadowolenie to kiepski motor, najlepiej rozwalić się na kanapie (po wykonaniu tysiąca drobnych gospodarskich czynności), zjeść konieczną wieczorną porcję owoców, przeczytać kawałeczek aktualnej lektury (Zakazane Ewangelie; Rok myśliwego Miłosza) i przejść do kolejnego wieczornego rytuału, w którym nie ma miejsca na ślęczenie przy komputerze. Aha, zaczęłam robić notatki w dzienniku, będą jednak dotyczyły przede wszystkim dzieci. A robaczek?... A gryzie mnie, gryzie: czemu nie piszesz?....

2007-01-14

Ależ piszę, piszę... Dopiero pod koniec książki i po drugim czy trzecim czytaniu przyszło mi do głowy, że Miłosz nie zawsze ma rację, że może czasem coś mu się poplątało, pomieszało, że coś ocenia niesłusznie, czy nawet niezgodnie z prawdą. Podobnie jak on, który o sobie pisze „grzeczny harcerzyk”, jestem taka grzeczna dziewczynka, dlatego skłonna do ufności i do brania wszystkiego za dobrą monetę. Cóż, szczerość do końca nie jest chyba możliwa. A może byłaby zbyt nudna, banalna, dlatego trzeba nie tyle koloryzować, ile wybierać z życia to, co najciekawsze, co się najlepiej układa w literacką całość. Ale grzeczna dziewczynka może zacząć myśleć, polemizować, opierać się na własnym doświadczeniu – i wtedy pojawia się nowe.

Spodobało mi się sformułowanie „schwytany przez Polskę”. Oto cały cytat: „Polska mnie przeraża. (...) Jak powinien zachować się schwytany przez nią człowiek (urodzenie się tam czy język), jeżeli chce być rozumny, trzeźwy, spokojny, a przy tym uczciwy?” Tu rozwinęłabym temat choć w kilku zdaniach, ale Miłosz uważa, że następne zdanie (w którym czai się nowy duży temat) jest wystarczającym rozwinięciem: „Jeżeli uważa te bezustanne ofiary, konspiracje, powstania za zupełny nonsens, po prostu dlatego, że w „normalnych” krajach tego nie ma?” (Rok myśliwego, Znak, Kraków, 1991, str. 268).

2007-01-22

Wydaje się, że moja wrażliwość na słowo pisane wzrosła niepomiernie. Przeczytałam właśnie kilkanaście wierszy Miłosza, poruszyły mnie mocniej niż kiedyś. Sama dziwię się, że te wiersze tak dobrze znam, Miłosza nie uważałam nigdy za mojego ulubionego poetę, był raczej niezrozumiały, nawet nadęty. Dzisiaj się okazuje, że znam, a jakże, a w dodatku rozumiem coraz głębiej, coraz bardziej mnie wzruszają. Książeczkę, wydaną w głęboko komunistycznej Polsce w 1981 roku przez chrześcijańskie stowarzyszenie, dostałam bodajże od Jasia Leończuka, oddał mi swój egzemplarz, bo ja przecież w Wilnie nie miałam w ogóle szansy, żeby czytać Miłosza w 1987 czy 1988 roku. Pamiętam, że było to w pociągu, w pobliżu sowieckiej granicy. A może wiersze zaczęłam czytać w pociągu, jadąc do Wilna?... Ach ta pamięć.

Czemu więc wzrosła ta wrażliwość? Po porodzie zaczęłam odbierać świat jako miejsce niebezpieczne, stałam się istnym czułkiem, żeby w porę wybadać, skąd nadciągnie czarna chmura. Po drugie, długa abstynencja literacka, a nade wszystko poetycka, też ma tu swoje znaczenie. Przyjmuję, że byłam wrażliwa na poezję od samego początku, nie przestałam przecież taką być, nawet jeżeli przestałam czytać cudze wiersze, a i pisać własne.

2007-01-24

Pamięć mi się znacznie poprawiła. Zauważyłam, że pewnie zapisuję numer konta, który przecież powinnam była znać na pamięć już siedem lat temu. Ale wtedy nie odważałam się zapamiętywać numeru cudzego bądź co bądź konta (chodzi o konto Franka), zresztą było zbyt wiele nowych rzeczy do zapamiętywania. Potem ciąża i poród wymyły mi pamięć doszczętnie. To już była fizjologia. Ale i nawał drobnych codziennych informacji na tle potężnego stresu. Dzisiaj czuję, że panuję nad swoim życiem, a więc i nad swoją pamięcią.

 

2007-02-05

Znowu dzwoniła Ruta, ze swymi problemami. Uciekłaby do Wilna, gdyby wygrała duży los na loterii. Najbardziej chciałaby być z Tomukasem, to teraz najważniejszy dla niej mężczyzna. Chce go przywieźć na dłużej. O zaproszeniu Birute jakoś nie ma mowy. Teraz już Pawlowitzki zrobił się „taki stary”, ukończy aż 71 lat – jakby tego przedtem nie było wiadomo. Nie lubię słuchać takich rzeczy, więc dla równowagi opowiedziałam jej, że moja „młoda” 75-letnia mama planuje nowe podróże po świecie i wiek tu nie odgrywa dużej roli. Widzę, ze Ruta niczego się nie nauczyła i przez cały czas robi te same błędy (zachwyty nad rzekomo beztroskim życiem innych, bogatych). Smutne to, ale przyrzekam sobie w to nie wnikać i broń Boże nie pouczać – i tak to nic nie da.

2007-02-19

W sobotę 17go umarła Jurga Ivanauskaitė. Bardzo mnie ta śmierć obeszła. Pięknie umarła, pogodzona z Bogiem i ze sobą. W otoczeniu przyjaznym, w domu. Tylko pozazdrościć. I jeszcze: obyśmy wszyscy po śmierci byli tam gdzie ona teraz. Ona, tzw. rozpustnica, grzesznica, była na pewno bardziej niewinna nawet w swoich „dzikich” czasach, niż wielu przypuszczało. Autorzy są niewinni jak dzieci, tylko dużo zmyślają. Co dopiero teraz, po oczyszczającym okresie choroby. Przecież tak przyjmowali cierpienia święci, z radością i wdzięcznością za każdą chwilę; czemu nikt tego nie widzi?...

Dzieci to jedyna forma nieśmiertelności, której możemy być pewni (Peter Ustinov). Rozmyślam nad tym – jak każda chyba sentencja, ma i ta swoje luki. A co jeśli dzieci nie mają dzieci? Umierają młodo? Co wtedy z nieśmiertelnością?... Transmisja genów może zostać w każdej chwili przerwana i niewiele rodów na świecie może się pochlubić „nieśmiertelnością” na przeciągu chociażby kilkudziesięciu pokoleń.

Pokój bez książek jest jak ciało bez duszy – Cyceron uznałby pewnie, że mamy w naszym mieszkaniu duszy aż zanadto.

I jeszcze jedna sentencja na dzisiaj: „Mittelmäßige schwitzen Blut, um Müll herzustellen. Genies schaffen mühelos Wunder“ (Anatole France). Jaka niesprawiedliwa to sentencja. Dedykowałam ją Frankowi po tym jak jałowo prześlęczał przez całą niedzielę nad komputerem. Żachnął się z początku, ale potem zaakceptował i nawet przesłał to pani Mann. Coś w tym jednak jest, bo bez przebłysku geniuszu nie powstanie cud. Np. cud udanej strofki.

 

Wszystkie te sentencje wzięłam z kolejnego numeru katalogu resztek książkowych „Jockers”, niedawno odkryłam bowiem, że katalog jest dziełem oczytanych i inteligentnych osób. Teraz wertuję go od deski do deski, podziwiając różnorodność wydawanych pozycji, a i zamawiając to i owo. Prawdę mówiąc, wolę przeglądać katalog niż czytać zamówione książki. Wydaje się, że wystarczą mi krótkie a treściwe impulsy. Książek już teraz mam tyle, że mogłabym je czytać po kolei po kilka razy, bo przez ten czas zapomniałabym już ich treści. A i ta z każdym minionym rokiem mojego życia jakby się zmieniała, bo ja się zmieniam, dojrzewam, przejrzewam, zanikam.

 

2007-04-11

Poczucie wyobcowania i obcości wobec dawnych ludzi i ich ideałów. Niemieckość odpowiada widocznie niektórym cechom mojego charakteru: wolę działać ostrożnie, dążąc do celu, a nie spalając się w samym działaniu czy walce. Wolę odsiewać sprawy istotne od mniej istotnych, bo i tak życia na wszystko nie starczy. Jakoś razem się zeszło: list otwarty Sokołowskiego w Kurierze (przypadkiem przeczytałam w Internecie) w sprawie nieprawdy rozsiewanej przez Mieczkowskiego, jakoby po wyjeździe Rybałko poezja w Wilnie osłabła; dyskusja na forum internetowym wokół tego listu; przeczytane wczoraj kilka rozdziałów Rodziewiczówny „Pożary i zgliszcza”; przypadkowo odkryta na drzwiach Edeki informacja o mającej się odbyć w początkach maja imprezie poetyckiej, w której wezmą udział m. in. Ališanka i Zagajewski. Nic bym o tym nie wiedziała, gdyby nie moje zamiłowanie do czytania ogłoszeń na ścianach.

Jaka jestem słaba. Podobne informacje i wrażenia biją we mnie jak kule – a przedtem wytrzymywałam dużo więcej. W mojej samotni każde drobne wydarzenie tego rodzaju wyrasta pod niebo, jest rozgryzane, rozważane, dyskutowane z wyimaginowanymi kolegami. Zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo brak mi jeszcze gotowych sformułowań, żeby nazwać niemiecko-wileńsko-polskie refleksje. Czuję je wyraźnie i wydaje mi się, że wiem, gdzie leży prawda. Ale tego mało, żeby zabrać głos w poważnej dyskusji. Wtedy na pewno zabraknie mi słów i argumentów.

 

2007-04-19

Wydziedziczenie z języka, z mowy. Poczucie niższości własnego. Języka, życiorysu, własnych umiejętności. Starsi, ale i młodsi. Boją się w ogóle ust otworzyć. Staruszek w samolocie z Düsseldorfu do Wilna, Rosjanin. A przecież prawdopodobieństwo, że zostanie zrozumiany, jest w tym samolocie wysokie. W Niemczech też.

Katastrofa, której można uniknąć: dziecko nie mówi językiem matki, ojca, rodziców.

 

2007-05-06

Spróbuj sobie wyobrazić, co by było, gdyby nagle przestała istnieć telewizja. Co poczęliby z długimi wieczorami ludzie starsi i samotni. Czy snuliby się o zmierzchu ulicami, przesiadywaliby bez celu na przystankach, smutni, zdziwieni, nieprzystosowani?

 

2007-05-21

Jakiś beznadziejny okres przeżyłam. Moje plany wydawnicze takie czcze się wydawały, takie na próżno. Po co mam wydawać, nie, próbować wydawać –żeby potem cierpieć w razie braku powodzenia, albo w pocie czoła zajmować się dystrybucją, eksponowaniem towaru na jakichś spotkaniach literackich, znowu odgrywać rolę poetki – ach jakie to nudne. Jedyną interesującą stroną tego ostatniego procederu są spotkania z nietuzinkowymi ludźmi, rozmowy, nowe myśli. Zdaję sobie wyraźnie sprawę, że w razie niewydawania kolejnych książek takich okazji będzie coraz mniej, aż ostatecznie zanikną całkowicie. Będę kimś z trzeciego rzędu na sali. A tam, na podium, na scenie będą oni, z którymi mam nadal tak wiele wspólnego. Przeżyłam to, i nawet dosyć boleśnie podczas Lyrikertreffen w Monastyrze w początkach maja. Spóźniłam się o parę minut na wieczór literacki – i już mnie nie wpuszczono, zresztą bilety zostały podobno wykupione (co samo w sobie jest rzeczą pozytywną). Nie miałam ani ochoty, ani sił, żeby czekać do przerwy, podczas której autorzy i publiczność opuszczają salę, żeby popalić na świeżym powietrzu. Teoretycznie mogłabym się dostać do środka bez biletu, tym bardziej, że był tam Ališanka, wziąłby mnie może w obronę. Przed kim?... Nie chciało mi się ryzykować sytuacji, w której bileterka wyławia mnie z tłumu i pyta o prawo do wejścia na salę – zapowiedziała przecież, że bez biletu również po przerwie nie można, a i na pewno mnie zapamiętała. Poczułam się podle, a wtedy nadciąga całe zmęczenie z intensywnego dnia i człowiek siedzi na przystanku jak kupka nieszczęścia, dumając nad swoim marnym losem, aż przyjedzie wreszcie autobus.

A to spojrzenie, którym uraczył mnie Wallmann, organizator całej imprezy, przy wejściu do knajpy, w której doborowe grono autorów miało biesiadować. Byłam w towarzystwie Ališanki, chyba nie wypadało mu mnie przepędzić, kiedy spytałam, czy też mogę wejść. Wzięłam piwo najmniejsze z możliwych, ale i tak mam wyrzuty sumienia, że pozwoliłam dopisać je do ogólnego rachunku, motywując po cichu, że Wallmann i całe jego stowarzyszenie nie zbiednieje przecież z powodu tego półtora euro.

Nie udało mi się poznać Adama Zagajewskiego, nawet nie usłyszałam, jak recytuje. Wielka szkoda. Ale pewnie nie było mi to tym razem sądzone. Nie wydawał się osobą zbyt towarzyską, trzymał się na uboczu i raczej z nikim nie rozmawiał. Była chwila, kiedy mogłam do niego podejść, ale po pierwsze, nie byłam do końca pewna, czy to on, po drugie – działo się to przed rozpoczęciem wieczoru, w tłumie oczekujących na wejście na salę. Jak się potem okazało – była to jedyna możliwa chwila. Pozwoliłam jej upłynąć bezczynnie, podobnie jak to się stało dwa lata temu przy krótkim zetknięciu się z Ivanauskaitė.

Ciekawa jestem swojej pozycji literackiej w oczach innych. Literatów. Za kilka dni będę miała okazję do sprawdzenia, jak to ze mną jest. Jak się poczuję w gronie znajomych. Jak poczują się oni w mojej nowej obecności. Po długim okresie niewidzenia się. Lata z maluchami okazały się trudniejsze, niż się spodziewałam. Przygasłam, zbrzydłam, postarzałam. A może to nie maluchy winne, tylko ta praca zawodowa bez radości, bez wielkiego celu, moja pozycja jako pomocy do wszystkiego, moja niesamodzielność, brak okazji do inwencji. Każdy dzień kładzie się na mnie niespodziewanie mdłym ciężarem.

 

2007-05-31

Istotna różnica między Litwą i Niemcami, a może i całym Zachodem: zapachy. Maj w Wilnie pachnie tak silnie i dziko, przyroda nie została jeszcze wykastrowana. Tutaj zapachy – o ile są – takie jakieś przytłumione, bez ikry. Nie do pomyślenia: ludzie wyhodowali nie pachnący bez, konwalie, jaśmin. Bo takie zapachy mogłyby komuś zaszkodzić, zaniepokoić, za silnie uderzyć w nos. Zaczynam się teraz głowić, jak przywieźć tutaj prawdziwe rośliny, jak zdążyć?...

Nie najlepiej się tutaj czuję, po powrocie. Ten uporządkowany świat mocno mnie trzyma z żelaznym uścisku. Muszę – oto codzienna mantra. Z niechęcią patrzę nawet na własne dzieci, z ich ciągłymi żądaniami, wymaganiami. Wolałabym zajmować się czym innym, nie dopatrywaniem porządku, podawaniem soczku, zmieszanego – koniecznie! - z wodą mineralną i tą z kranu, wysłuchiwaniem kaprysów.

W Wilnie czułam się znacznie lepiej niż w kwietniu, chyba musiałam się wtedy przyzwyczaić do inności, od której odwykłam. Pogoda była diametralnie inna: upał nie do wytrzymania. Ale obie z Natalią jakoś dawałyśmy sobie z nim radę. Przez dwa dni chodziła ze mną od rana do trzeciej, czwartej po południu. W niedzielę byłyśmy rano w kościele, ładnie się żegnała i klękała. W południe – w teatrze na operze dla dzieci „Mały książę”. Potem Natalia została w domu z babcią, a ja wybrałam się sama na wieczór końcowy Wiosny Poezji na dziedzińcu Sarbiewskiego, zakończony ulewą i tradycyjnym bankietem dla uczestników. Bankiet w tym roku odbywał się w salce Akademii Sztuk Pięknych koło św. Anny. I chyba unosił się nad nami duch Ivanauskaitė, która tu niegdyś studiowała. Dwa lata temu recytowała wiersze ze swego pierwszego i ostatniego tomiku, a ja nie znalazłam dobrej okazji, żeby do niej podejść... W tym roku starałam się porozmawiać z jak największą liczbą znajomych: Ališanka, Riškutė (opowiedziała mi o rozstaniu z Klausem), Platelis, Benas Januševičius, Birutė Mar, Jefremow, Martinaitis, Šimkutė, Rudžianskas, Braziūnas z żoną. Wydało mi się, że jakoś przerzedziły się szeregi, a może po prostu mniej osób przyszło na to święto. Na pewno kilku wielkich, którzy zawsze brali udział, odeszło (Vaičiūnaitė, Miliauskaitė, Kunčinas), inni mieszkają poza Wilnem (Blože, Grajauskas, Kajokas). Doszli nowi, młodzi, których nie znam. Na oko nie tak znowu wielu doszło. Rozmawiałam o tych moich spostrzeżeniach z Benem, który zachowywał się trochę dziwnie, najwyraźniej hamując jakąkolwiek otwartość wobec mnie. Ale z jego mimiki dało się odczytać, że nie jest zadowolony z obecnego stanu i ma niewielką nadzieję na zmiany, mimo pozytywnych, jego zdaniem, przesunięć w nowym zarządzie po grudniowych wyborach. Benas wydawał się poza tym przybity, gdzieś się zapodział jego słoneczny optymizm i niefrasobliwość. Podobno kłopoty rodzinne. Za mało się znamy, bym miała się o to dopytywać.

Najcenniejszą myśl z pobytu w Wilnie podsunął mi Karol Grenzler, z którym sporo rozmawiałam, korzystając z jego nocowania w moim dawnym mieszkaniu. Dziwił się kolegom, którzy w rozmowie piętnowali wszystkich innych mianem grafomana po to, żeby za chwilę samym to miano otrzymać od kogoś z tych innych, ledwo się zdążyli odwrócić plecami. Karol mówił: powinniśmy się cieszyć z okazji bycia razem, korzystać z ciekawej rozmowy, a nie zastanawiać się nad ułomnościami innych. Przyznaję szczerze, że sama jestem winna grzechu pychy, jeżeli chodzi o relację „ja” – „wszyscy inni” (poza kilkoma świetnymi wyjątkami!). Ale już zdążyłam się kiedyś zdumieć, jak wielu jest dobrych poetów wśród osób nieznanych, jak wiele wspaniałych wierszy powstaje i ginie niezauważenie. Tak i teraz: niejaka Lidia Żukowska pisze wspaniałe erotyki pomimo swoich 70 lat. Dostałam dwujęzyczny tomik, w przekładzie Karola. Podczas inauguracyjnego spotkania przy mieszkaniu Mickiewicza usłyszałam kilka dobrych wierszy z ust całkowicie nieznanych mi autorów w średnim wieku. Wydaje się, że w takiej sytuacji najlepiej zastosować sposób Karola i cieszyć się chwilą.

Poplotkujmy: Wanda i Romek współdziałali ze sobą przy tworzeniu imprezy jak stare dobre małżeństwo, Wanda z lekkimi uszczypliwościami, ale bez goryczy, z uśmiechem. Romek zrzędził jak zawsze, ona się tym jak zawsze denerwowała, ale jakoś to szło. A jak wpatrywała się w niego podczas gdy prowadził spotkanie u Mickiewicza. Z podziwem i dumą. Jak kiedyś, a może jak zawsze. Sama mi kiedyś mówiła, że żaden facet nadal nie może mierzyć się z Romkiem, jeżeli chodzi o stronę duchową, te jego wiersze, te jego pomysły...

Przywiozłam z Wilna małą bombę: dwa zeszyty swoich pamiętników, pisanych w latach 1987-1992. Przeczytałam mały kawałek, który podziałał silnie: myślałam i myślałam o przeszłości, jakbym się znowu tam znalazła. Te notatki zawierają duży ładunek emocjonalny, ale prawdopodobnie na innych by tak nie podziałały. Poza osobistymi przeżyciami są też wątki ogólne, te mogą zainteresować szersze grono. Wczoraj znalazłam jeden taki wątek, który uderzył mnie jak obuchem: były tam dowody na nieuczciwe zachowanie się R., o których całkiem zapomniałam. Takich przypadków było chyba sporo, i to one zgrzytają teraz jak piasek w pamięci polskich wilnian. R. nie cieszy się miłością, niestety. Pomimo tego, czego udało mu się dokonać dla polskiego środowiska i kultury. Pamięć ludzka jest krucha, ale wrażenia pozostają na zawsze.

 

2007-06-07

Ponumerowałam kartki jednego z pamiętników, żeby móc jakoś posortować tematy, a przy okazji przeczytałam to i owo. Wciąga, jak kiepski kiczowaty romans. Ale nie sądzę, że pod takim „dziełem” chciałabym się w przyszłości podpisać. To nie jest literatura, jedynie jej namiastka, która w moim wypadku powinna przywołać wspomnienia, pomóc w umiejscowieniu faktów. Wypłynęły dawno zapomniane sprawy i postacie. Zdumiewające, jakim erotyzmem tchnęły te wczesne lata 90-te, byłam jak naelektryzowana, przyciągałam jak magnes tym swoim niezaspokojeniem. Dopiero teraz to widzę, w pamięci wszystko wygląda dużo spokojniej. Bardzo pouczająca lektura: myślę tu już o swoich dzieciach i zbliżającej się ich dojrzałości, której początek będziemy musieli przeżyć z jak najmniejszym uszczerbkiem. Zanim wypowiem jakikolwiek zarzut czy zrobię wyrzuty, powinnam przeczytać kilka stron z własnego pamiętnika!...

Wczoraj przeprowadziłam kilka rozmów telefonicznych z Wilnem; chodziło o ustalenie, czy należą mi się jakieś pieniądze za kompakt Kapeli Wileńskiej. Uzyskałam informacje, że pieniądze dostanę, jeżeli kompozytor, tzn. Zbyszek, po pierwsze, wstąpi do LATGA, po drugie, zarejestruje napisane przez siebie piosenki. Potem szukałam Zbyszka, Śnieżki, Luby Nazarenko czyli wszystkich zainteresowanych sprawą odzyskania czy uzyskania pieniędzy. Przy okazji nagadałam się z poszukiwanymi, skontaktowałam z paroma osobami „po drodze”. Usłyszałam m.in., że stałam się legendą i w ogóle mam fajne życie. Do tego dodać należy jeszcze lekturę własnych pamiętników, a już mamy korzystną aurę i dobre samopoczucie. I – co znacznie ważniejsze – ochotę do kontynuowania siebie samej sprzed lat, tylko już na innym poziomie, bo i ja stałam się nieuchronnie inna. Właśnie o tę ochotę mi chodziło, kiedy w ostatnich miesiącach męczyłam się własnym niepisaniem, niemyśleniem, niedziałaniem. I zastanawiam się jeszcze nad stworzeniem własnej strony internetowej. Pewnie nie będzie ładna, ale powinna być ruchoma, ruchliwa, czynna. Jeżeli nauczę się sama przy niej majstrować.

2007-06-11

Pani, która odebrała dziś telefon w siedzibie ZLP, miała w głosie całą historię Polski. Duma, wyższość, pycha, niekompetencja. Mój kresowy głos nie miałby szans, gdyby nie świadomość kierunku, z którego dobiegał. Zachodniego kierunku.

 

2007-06-25

Mam wrażenie, że intelektualnie muszę ciągle dawać, nic nie otrzymując w zamian. Jakaś pustka po spędzeniu czasu z Hildegard. Pewnie pokładałam w niej za duże nadzieje. Nawet dzieci dają mi znacznie więcej, swoim zachowaniem nasuwając interesujące myśli, dotyczące niekoniecznie wyłącznie pedagogiki. Może stąd biorą się pustelnicy. Na pewno nie byli i nie są głupcami, bo inaczej nie wytrzymaliby sam na sam tylko ze swoim własnym pustym wnętrzem. Już nie będę dziwiła się inteligentnym osobom, które z wiekiem stają się coraz mniej towarzyskie.

 

2007-08-07

Mam nowe hobby: rodowód rodzinny. Wróciłam do niego z nową pasją i trzymam się jak „zbawiennej krawędzi”, która relatywizuje moje własne jednostkowe życie. Jestem liściem na drzewie, wśród innych liści. Wiem, że przeminę, ale drzewo zostanie. Tak przeminęło tyle miłych, i niemiłych osób, mądrych, głupich, cholerycznych, potulnych, z fantazją i bez, przeważnie starych, niektórych młodych i nawet kilkoro dzieci. Ze wszystkimi mam wspólną cząstkę genotypu – jaką? Którą? Jak się przejawiła? We mnie, w każdym z nich. Które cechy zaginęły bezpowrotnie, które utrzymały się przez kilka pokoleń? O tym milczy genetyka, pewnie to nienaukowe podejście do sprawy, ale i materiału nikt nie ma. Wędrówka cech jest nie do prześledzenia, choć próbujemy tej sztuki, mówiąc np.: ”To dzielni ludzie z domieszką krwi Mieczkowskich”. Pełno takich uwag jest w powieściach o Ani z Zielonego Wzgórza. Dziewiętnastowieczni mieszkańcy wsi mieli dużo czasu na formułowanie podobnych spostrzeżeń, a i danych pod dostatkiem. Chcę spojrzeć na własny rodowód okiem genetyka, naukowca, nie wyciągając pochopnych wniosków, tylko formułując te, które są oparte o niezbite fakty. Indywidualnych faktów mam niewiele: płeć, nazwisko, często imię, czasem data urodzenia i śmierci, liczba posiadanych dzieci.

2007-08-11

Przeczytałam „Śniadanie u Tiffany’ego”- na współczesny gust to nie powieść, a przydługie opowiadanie zgoła. Kupione za 1 eura w skrzynce z okazjami na Baltrum. A warte pewnie dziesięć razy tyle. Próbuję spojrzeć i na Holly Goligthly współczesnymi oczami: mało to takich na oko uroczych i wykwintnych pań, co żyją uczepione bogaczy, wierząc, że to dobry sposób na życie. Daleko nie muszę szukać, żeby znaleźć jedną z nich. Ale jest jakaś istotna różnica – to mądrość życiowa połączona z wybitną inteligencją i dużą samodzielnością w działaniu i myśleniu. Może Holly po prostu nie miała szansy, żeby zostać feministką? Kobietą samodzielną?

2007-08-28

Nie piszę nic, nie mam na to czasu. Powstaje we mnie nowy, skomplikowany tekst o naszej rodzinie, o osobowościach z dni minionych, przetykany okruchami informacji i anegdot. Byłaby to bardzo ciekawa książka o nieokreślonym do końca gatunku. Nie wiem, jak się do niej zabrać, najprościej byłoby zapisać to co wiem o poszczególnych członkach rodziny, odnotowując pytania bez odpowiedzi i stan poszukiwań. Tego pewnie nie wystarczałoby do publikacji – i tu następna wątpliwość: czy w ogóle warto takie coś publikować? Rzecz dotyczyłaby przecież osób żyjących, naruszałaby czyjąś prywatność.

Podróż w przeszłość rodziny poruszyła mnie bardzo. Sidra, Sokółka, Łunna – nazwy znane od dziecka. I zaraz za miedzą – Duchowlany, Repla, Wołpa, Werejki, Ejsmonty. W linii prostej będzie około 50 km. Czyli że moi rodzice pochodzili z niedaleko od siebie położonych terenów, ich przodkowie mówili tym samym narzeczem, i pogodę mieli podobną, i światło słoneczne padało pod jednakowym kątem. Przypuszczałam to i niby nawet wiedziałam, ale mapa ma swoją wymowę, jakże namacalną.

2007-09-07

Co robili moi przodkowie, zanurzeni w tej mętnej kaszy dziejów? Jak dawali sobie radę z dziejami i z codziennością? Jak żyli, jak umierali, jak planowali rodzinę, jak wychowywali dzieci? Historię znam przecież z książek, ale jak było konkretnie, w przypadku kogoś, kto przykazał mi część swoich genów; nie, w przypadku tych, którzy przekazali mi WSZYSTKIE swoje geny. Nic nie przepadło po drodze, tylko uległo dokładnemu przetasowaniu. Ten przekładaniec odziedziczyłam i już coś z nim zrobiłam, a coś jeszcze zrobię.

2007-10-10

Nowa książka od Jockersa splotła się w tych dniach z filmem z gatunku delikatesów, który wyświetlano w „Cinema” tylko dwa razy. Diana Barnes napisała w latach 20-tych „Ladies Almanach”, książkę z kluczem, o paryskich paniach z lesbijskiego salonu Nathalie Barney. Tekst został opatrzony współczesnym komentarzem, opatrzonym wieloma zdjęciami. Film „Paris was a Woman” powstał natomiast w 1996 roku na podstawie innej książki, ale o tym samym środowisku. Film składa się z fragmentów dokumentalnych, zdjęć, wywiadów z niektórymi paniami już w mocno podeszłym wieku, które jeszcze zdążono przepytać. Lesbijskość tego środowiska wcale nie stanowi punktu centralnego filmu, o wiele bardziej chodzi w nim po pokazanie emancypantek, feministek, pionierek, które nauczyły się obywać bez mężczyzn jako źródła utrzymania. Wyzwolenie od konieczności heteroseksualnego współżycia było tylko jednym z kroków w tym kierunku, nie wiadomo, czy koniecznym. Pomyślałam o swojej babci, która w latach dwudziestych w zabitej deskami Łunnie za pożyczone pieniądze założyła własny sklepik, i dopiero po paru latach poznała mojego przyszłego dziadka, któremu udało się ją przekonać do więzów małżeńskich. Ciekawe, czy wyszła za mąż skwapliwie, czy raczej z ociąganiem. Stygmat starej panny w małym miasteczku nie był pewnie niczym atrakcyjnym. Młodszy o dziesięć lat i niebrzydki mężczyzna –czy to gratka, czy los?...

2007-10-21

Miłość fizyczna, rozumiana szeroko, wydaje się być nieodzownym komponentem miłości w ogóle. Dotykanie, gładzenie, wichrzenie włosów, muskanie ustami, ręką, rzęsami. Noszenie na rękach, ciepło i ciężar ciała. Jak odróżnić pedofila od kogoś, kto kocha i pieści młode i prężne ciało. Ciałko. Własnego dziecka, własnego wnuka. Nie pieścić, nie dotykać dzieci nie można, one potrzebują naszej bliskości fizycznej, również dlatego, żeby potem mogły piękniej kochać swoich partnerów i swoje dzieci. I żeby rozumiały, że miłość dzieje się przez dotyk.

I o ile łatwiej przyszłoby nam kochać Boga, gdybyśmy go mogli dotknąć, gdyby nas od czasu do czasu naprawdę pogładził po włosach.

2007-10-31

Wspaniały tekst o śmierci w dzisiejszym „Kurierze Wileńskim”. Jakaś pani naukowiec z Polski opisała obrzędy pogrzebowe na dzisiejszej Wileńszczyźnie 1999-2001. Mam wrażenie, że sama do końca nie wiedziała, jak potrzebną rzecz zrobiła. Teraz zajmuje się jakimiś leczniczymi obrzędami Polinezji, sprawdziłam w Internecie. A mnie tak niezbędne jest przypomnienie naszego umierania. Tutejsza, rzeczywista śmierć usuwana jest skrzętnie przed ludzkiego oka, żeby nie popsuła apetytu na życie. Wirtualna śmierć króluje w telewizji i z góry wiadomo, że można się jej pozbyć, naciskając guziczek pilota. W ten sposób rosną pokolenia, nie umiejące się ze śmiercią obchodzić, bo żaden pilot tu nie pasuje.

Wszystkie opisane obrzędy znam, nawet do szczegółów. Ale nie potrafiłabym tego tak opisać, bo są to rzeczy oczywiste jak oddychanie. Oswajanie śmierci poprzez rytuały, poprzez ruchy proste i codzienne, jak przycinanie knota u świecy. Najbardziej żal, że coraz mniej na świecie śpiewaków, ludzi prawych i pobożnych, którzy znają pieśni, obrządki, którzy w każdą pluchę przyjdą, posiedzą, pośpiewają, odprowadzą na cmentarz. Czysty przejaw miłości bliźniego, a jednocześnie – własnej. Bo cóż jest piękniejszego jak bycie w swoim gronie, z ludźmi, po stronie życia, oko w oko ze śmiercią, a jednak po bezpiecznej stronie, gdzie jest ciepło, dymią misy z prostym wiejskim jedzeniem, błyśnie czareczka wódki.

Coraz mniej pozostaje nam elementów prawdziwego pogrzebu. Mój dziadek umierał co prawda, w domu, w swoim łóżku, w obecności córki, gromnicy. Śpiewaków już nie miał, czuwaliśmy w krypcie kościoła św. Teresy, modliliśmy się. Stypa odbywała się nie w domu, a w restauracji. Odprowadziliśmy go na cmentarz uroczyście, wszyscy: najbliżsi, sąsiedzi, przyjechał, zdaje się, brat z dalekiej Brasławszczyzny. Jego dusza powinna była zaznać ukojenia, wszystko było jak być powinno.

2007-11-05

Poszukiwania genealogiczne pozwalają spojrzeć na ludzi i rzeczy nowymi oczami, w nowym kontekście. Nie ruszając się z miejsca odbywamy niemożliwą podróż w czasie. Znane od dawna przedmioty ożywają, bo raptem uznajemy je jako świadków byłych wydarzeń. Popielniczka zaczyna mówić o pewnym czerwcowym dniu na przedwojennych Kresach, kiedy gimnazjaliści kończyli rok szkolny i żegnali się przed wakacyjną przerwą ze swoim ulubionym księdzem prefektem. Ksiądz prefekt nie żyje, popielniczka ocalała w wojennej pożodze Grodna i zawędrowała na biurko jego ciotecznego wnuka, lekarza w stanie Illnois.

2007-12-03       

Trochę współczucia dla Boga. Wymyśliłam, zapamiętałam i chodzę z tym.