Notatki na temat Rybałko
Notatki na temat Rybałko

2005-2006

2005-12-08

Dobry tytuł książki „Mój sposób na Polskę”. Może kiedyś ją jednak napiszę.

 

2005-12-10

Conan Doyle był lekarzem, chirurgiem i okulistą. Przez całe życie próbował pisać tzw. poważną literaturę, nie pojmując, że wchodzi do niej bocznymi drzwiami, śladem „niepoważnego” Sherlocka Holmesa.

xxx

Przeczytałam na nowo „Anię z Szumiących Topoli” i „Wymarzony dom Ani”. Jaka to kojąca literatura! Jednocześnie widzę teraz całą jej słabość. Ania niby pracuje, a jednocześnie jest duchem eterycznym, nie musi prać, robić zakupów (o sprzątaniu, gotowaniu i zmywaniu można znaleźć wiele wzmianek). Ludzie mają jakoś mnóstwo czasu na marzenia, ploteczki i obcowanie – czyżby tylko dlatego, że nie znali TV?

Zainteresowała mnie Lucy Maud Montgomery, dzięki Internetowi dowiedziałam się wielu intrygujących szczegółów. Urodziła się w 1874, wyszła za mąż w 1911, a więc w wieku 37 lat (stara panna!) za pastora. I zdążyła jeszcze urodzić ileś dzieci. Pierwsza powieść o Ani w 1908. Chciałabym przeczytać o niej książkę.

 

2005-12-11

Podsłuchana rozmowa młodych rosyjskich Niemców: „Moj kuzen, ot niego lutszij drug...” (kalka: der beste Freund von ihn...). Brzmi to bardzo zabawnie, trzeba to koniecznie puścić w obieg! Ale moje dzieci też nadużywają tej konstrukcji, chociaż jak dotychczas ich wypowiedzi brzmią przeważnie poprawnie, ale staroświecko np. „cukierki od Schleckera”.

xxx

Muszę na nowo zintegrować siebie. Pozbierać te kawałki, porozrzucane po różnych latach, kiedy występowałam w charakterze poetki, autorki felietonów, artykułów itd. oraz to, co w dużej części składa się na mnie dzisiejszą: dzieci, dom, praca w Charité, a przede wszystkim z Frankiem, kontakty z tutejszymi. Gdyby mi się to udało tak, jak czuję, byłby to wspaniały patchwork, godny Czarnego.

Jak to wspaniale, mieć swój własny polsko-litewsko-niemiecki komputer, który w dodatku nie jest podłączony do Internetu! Czuję się jakoś odgrodzona od zewnętrznego świata, a połączona na nowo ze sobą samą sprzed trzech lat. Cienka to jeszcze niteczka, ale umacnia się z dnia na dzień, przede wszystkim dlatego, że zaczęłam pracować w dużym pokoju, jak niegdyś, przed prawie trzema laty i wcześniej. Potem wydało mi się to sensowne, żeby wszelka praca „biurowa” przeniosła się do biurowego. Duży pokój miał służyć wyłącznie do relaksu. W ten sposób powstały przekłady obu powieści Šerelytė, paru sztuk. Ale chyba oderwałam się od siebie samej i teraz powoli to nadrabiam.

 

2006-02-27

Odczuwam coś w rodzaju lęku przed pisaniem. Jakby to była za duża odpowiedzialność. Nie umiem, nie potrafię. Dlatego odsuwam pisanie na potem, zasłaniając się zmęczeniem, pracami domowymi, chorobą. Chęcią spędzenia choć pół godzinki z Frankiem. Ale pewnie po prostu boję się, że nic sensownego nie uda mi się zapisać z tego, co sobie roję i wymyślam. Ech.

Przeczytałam „Wyzwania macierzyństwa” Kathleen Kendall Tackett. Zaczynałam z lekką wyższością „co ona tam wie, ja tam nie mam tych problemów”. Potem okazało się, że problemy mam, bo przez niemal trzy tygodnie bolało mnie gardło i ucho, zaś książka wyjaśniała, że to z powodu stresu. Ale nie to okazało się najważniejsze, tylko myśl, że wszystkie urządzenia domowe wcale kobietom nie oszczędzają czasu, odwrotnie, wtłaczają je w niekończący się kierat prac. Przeżywam na nowo fascynację czasami sprzed epoki żarówki, już nie wspominając o pralce czy odkurzaczu. Tylko że wówczas większość gospodarstw domowych składała się ze znacznie mniejszej ilości przedmiotów, standardy czystości były takie, że ludzie nie słyszeli o alergiach. A zamożne gospodarstwa, niewątpliwie bardziej bogato wyposażone, miały do dyspozycji służbę. Dla mnie powrót byłby możliwy pod warunkiem dużej ascezy, która mi się skrycie uśmiecha. Zastanawiam się na przykład, czy nie lepiej byłoby wrócić do ręcznego zmywania naczyń. Dzieci, już nie mówię o dorosłych, mogą nosić ubrania i przez kilka dni z rzędu, plamy można przecież pousuwać. Tylko gdzie podziać te urządzenia i przyrządy, które ciągle kupuje Frank?...

Tydzień temu przeczytałam „Czarownicę i deszcz” – jestem pod wrażeniem tej książki, choć podchodziłam do niej z wielką rezerwą. I po paru dniach dowiedziałam się, że biedna czarownica Ivanauskaitė leży w Lund chora na raka, dni jej są prawdopodobnie policzone; nigdy jej nie zobaczę. Moje pisanie do niej okazało się spóźnione czy może niewczesne, jak i mój cały zachwyt. To nie „moja” autorka, zresztą na pewno znajdzie się dla niej jakiś godny tłumacz czy tłumaczka na polski. Ale mnie chodzi o nią samą, tak prywatnie, i teraz prywatnie jest mi żal, że tak przemija, mija mnie, już się oddala w kierunku historii literatury litewskiej.

 

2006-03-13

W istocie jestem zbyt szczęśliwa, żeby pisać wiersze. Mogłabym najwyżej produkować poradniki.

 

2006-03-31

Mam za wiele plików do notowania myśli, spostrzeżeń, w ogóle czegokolwiek. Zapominam, który jest do czego i w którym komputerze się znajduje. Z pamiętnikiem było łatwiej. Ale do czego użyję teraz tych pamiętników?...

 

2006-04-02

Rocznica śmierci Papieża. Boję się rozmienić na drobne to wzruszenie, które mnie ogarnia na widok kilku krótkich kadrów w wiadomościach: otwarta czerwona Ewangelia na trumnie, wiatr, który ją zamyka. Boję się, dlatego nie chcę widzieć, czytać, wiedzieć za dużo. Moje wzruszenie jest tak wielkie, że może się tylko skurczyć.

Jakie słabe wiersze w almanachu Poezijos Pavasaris 2004 i jakże o niczym ważnym!... Kiedyś ich nie czytałam w obawie, że nie zdołam zrozumieć czyjejś głębi. A żeby wszystko do końca zrozumieć, potrzeba nieskończenie wiele czasu. Teraz widzę wyraźnie, że wystarczy parę chwil, żeby wydać werdykt, najczęściej „nudne” i „nic mnie nie obchodzi”. Już lepiej zająć się własnymi wierszami, również tymi nie napisanymi. Tak bardzo pochłania mnie życie, tak ściśle jestem z nim związana, że widzę na wylot słabości nie-życia, które jest udziałem większości autorów almanachu.

 

2006-05-02

Niemoc, niechęć. Trudno się skoncentrować. A kiedy już zabiorę się do pracy, to się trudno oderwać i czas leci jak błyskawica.

Przeczytałam jedno opowiadanie Kunčinasa „Baronowa Dżina”. Niby prymitywne zdarzenie, nic skomplikowanego, proza też nie nienadzwyczajna. A jednak lektura wtrąciła mnie w tamten czas, moją młodość, która właściwie wypadła o dziesięć lat później niż młodość Kunčinasa. Ale jakoś to wszystko znam i pamiętam – skąd? jak?... Prowadziłam wyjątkowo przyzwoite życie, a opisy wydają mi się niezmiernie znajome. Czy to siła tej prozy?... Czy oddziaływałaby podobnie na innych? W Polsce?... Noszę się z zamiarem wydania „best of Kunčinas” – opowiadań najlepszych z kilku posiadanych przeze mnie zbiorów.

 

2006-05-21

Lektury miesiąca: „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu” Erica-Emmanuela Schmitta, „Folwark zwierzęcy” Orwella, „Wilk stepowy” Hessego, „Emilka ze Srebrnego Nowiu” Lucy M. Montgomery, „Czarny ptasior” Joanny Siedleckiej, parę książeczek pokroju pedagogicznego. Sama się dziwię, że to aż tak dużo. Szczerze mówiąc, tych pedagogicznych nie doczytałam. Jedna dotyczyła po części rozwoju dzieci starszych niż nasze, a druga pouczała mnie o tym, jak żyć z dziećmi bez stresu, np. podczas robienia zakupów i jazdy samochodem. Z tym uporałam od dawna, a i metody miałam lepsze.

Reszta książek była (i jest) znakomita, choć Emilka chyba nie może równać się z Anią.

Jeszcze jedna lektura, przeczytana gdzieś chyba w roku 2006, a dopisana później, z notatek: to „Jadąc do Babadag” Stasiuka. Lektura, prawdę mówiąc nie doczytana. Stasiuk domaga się ciągłej uwagi czytelnika. Skomplikowany bieg myśli nie dopuszcza alternatywy albo ją utrudnia. Stasiuk pisze zbyt sugestywnie, władczo nagina moje myślenie do swego, męcząc je przy tym.

 

2006-07-08

Przepisane z notatnika Moleskine: Dostałam ten notes w prezencie od poety, zaniepokojonego moim poetyckim losem, a raczej brakiem takowego. Na 46-te urodziny. Natalia zrobiła mi też piękny prezent, kto wie, czy nie piękniejszy: tego rana nie obudziła mnie wrzaskiem i domaganiem się, żebym wreszcie wstała. Nigdy jej tego nie zapomnę.

Tego czy następnego dnia zasnęłam w dzień, wyczerpana. Na kwadrans. Tego wystarczyło, żeby przyśnić sen o Wilnie z czasów minionych. Chyba jestem w połowie drogi. Wracam.

 

2006-10-07

Ach te zapiski, zapiski. Przeważnie pewnie notowałam w swojej zawodnej pamięci. I nie obejrzałam się, aż minęły cztery miesiące, jak się okazuje, całkiem czcze i bezpłodne. A może nie, może jednak coś mi tam nowego w duszy grało? Dzieci poszły od sierpnia do przedszkola, od kilku tygodni odczuwam pewien luz, więcej „wolnego czasu”, który, rzecz, jasna spożytkowuję na pracę zawodową. Uważam, że to fair, pracować teraz dłużej niż te moje 16 plus 7 godzin, Frank zbyt często przymykał oczy na moje czasowe niedyspozycje, odkąd pojawiły się dzieci. Ale jak długo będzie to fair? Pracę rozumiem coraz lepiej, zaczynam wykonywać pewne rzeczy samodzielnie, składać propozycje, np. jak wykonać folie dla prezentacji. I zaczynam widzieć, co należy robić. Najbardziej męczące w mojej pracy dotychczas było to, że tak często czułam się jak piąte koło u wozu. Taka zmiana uskrzydla, ale zarazem sprawia, że pracuję z zapałem, nie licząc (prawie) godzin. Ale jednak liczę te godziny, bo z przerażeniem stwierdzam, że robi się mnie coraz mniej, moje literackie ja zanika jak cień. I kiedy wieczorem  mam tę chwilę czasu, to wolę już nie otwierać komputera, bo dosyć się nasiedziałam w ciągu dnia.

Pozytywna zmiana: czuję się nareszcie wypoczęta, wróciła moja energia, może nawet taka jak dawniej. Dałam sobie rok bez wielkich literackich wyzwań, nie przetłumaczyłam żadnej książki, tylko parę sztuk. Przedwiośnie i wiosna i tak były trudne, dzieci dużo chorowały, a i ja z nimi. Lato minęło na dochodzeniu do siebie, wreszcie jesień przynosi owoce: powrót do dawnych sił fizycznych i umysłowych. Teraz czuję się na siłach podjąć jakieś zimowe wyzwanie. Tylko że muszę to wyzwanie sama dla siebie skonstruować, nikt się mną nie zajmuje. Wyszłam z literackiego obiegu, choć wciąż pojawiają się nowe blogi z cytatami z moich kilku starych wierszy. Ale tego nie wystarczy, choć to całkiem porządny dorobek życiowy. Warszawska Jesień właśnie odbywa się beze mnie, chętnie byłabym osobą towarzyszącą, choć niechętnie – autorką. Dawne wiersze żyją sobie swoim życiem beze mnie, a nowe nie zostały jeszcze napisane. Zresztą myślę raczej o prozie, bo moje nowe doświadczenia i zainteresowania nie znajdują dla siebie miejsca w poezji. Zajmują mnie rzeczy następujące: rozwój dziecka i moich dzieci w szczególności, dwujęzyczność, wielojęzyczność, świat emigranta (dusza, samopoczucie, język, postawa wobec kraju własnego / kraju pobytu, różnice między emigrantami z różnych krajów). Berg Fidel dostarcza wielu sposobności do pasjonujących obserwacji. Gdybym miała dość talentu, mogłabym napisać kilka książek na te tematy.

Jeszcze jedna ważna okoliczność: zaczęłam „snuć wspomnienia”. W przeddzień moich 46-tych urodzin zdrzemnęłam się po południu i zwidziało mi się Wilno, ale inne niż poprzednio (o Wilnie na co dzień myślę rzadko, a nie śnię prawie nigdy). Było to Wilno z moich studenckich czasów, a więc „z czasów mojej młodości”. Proszę bardzo, oto parę pojęć, nieodłącznie związanych z podeszłym wiekiem. Czuję się i wyglądam jeszcze młodo, ale mój wewnętrzny zegar wie dokładnie, która jest godzina. Obudziłam się z drzemki i pomyślałam: jestem w połowie, teraz będę już tylko wracać. Lubię być w zgodzie ze sobą, nie robić niczego na siłę, na przykład nie odmładzać się sztucznie. Kobiety w moim wieku paręset lat temu to były przecież matrony, mające córki na wydaniu. Niekoniecznie wyglądały i czuły się staro, ale dojrzałość, starość były wówczas w dużej cenie. Im kto starszy, tym bardziej poczesne miejsce zajmował, dzieci nie liczyły się wcale. Dzisiaj jest dokładnie na odwrót i niekoniecznie lepiej. Chcę świadomie korzystać z przywilejów wieku dojrzałego, ciesząc się jednocześnie zdrowiem, które mi jest dane. Chcę wykorzystać swoją nową skłonność do wspominania, notując co się da. Tu się kryje jedna czy dwie nowe książki, oczywiście znowu proza.

 

2006-10-10

Dobrze mi zrobiło sformułowanie na piśmie interesujących mnie tematów. Właśnie przeczytałam zdanie: nikt nie wie dokładnie o czym myśli, zanim tego nie wypowie (nie zapisze).

 

2006-10-29

Czytam od nowa Miłosza „Rok myśliwego” – bardzo pouczająca lektura. Szczególnie w tym, że obecnie interesują mnie zupełnie inne myśli niż przy pierwszym czytaniu piętnaście lat temu, które to miejsca ongiś oznaczyłam ołówkiem. Ciekawy jest również brak zainteresowania Miłosza tym, co się w maju –czerwcu 1988 działo na Litwie, jakie burze tam zaczynały dojrzewać. Przynajmniej nie widać tego zainteresowania w jego notatkach. Pewnie nie miał nikogo, kto zwróciłby jego uwagę na te procesy. Z perspektywy Kalifornii Litwę najwygodniej jest oglądać we wspomnieniach.

Zaczęłam nie tylko rozmyślać nad ewentualnym nowym tomikiem wierszy, ale też gromadzić nadające się do tego utwory. Kiedy skończę – rozejrzę się za wydawcą, ale w miarę dobrym.

 

2006-11-07

Parę dni temu dostałam „Vilniaus veidai” od Venclovy. Książka została wydana już chyba pół roku temu, a ja o niej nie wiedziałam. Uświadomiłam sobie, jak bardzo oderwałam się od litewskiej rzeczywistości, od tego, co mnie w tej rzeczywistości najbardziej interesuje. I nikt mnie o tej książce nie poinformował. Co oznacza, że kompletnie załamał się mój system informacyjny. A czy istniał kiedykolwiek?...

 

2006-11-24

Zajmuje mnie postać świętego Franciszka z Asyżu, po przeczytaniu eseju o nim w książce szwedzkiego autora Owe Wikstroema „Pochwała powolności”. Ta książka to moje ostatnie odkrycie, podkreślam najtrafniejsze zdania, a jest tego dużo. I dużo się nauczyłam, np. doceniać każdą chwilę. Św. Franciszek jest mi bliski z ducha, podświadomie i świadomie dążę do redukcji, do ascezy. Teraz będę to robiła jeszcze bardziej świadomie, może nawet z rozmysłem. Oddać wszystko, co materialne, być gotową do oddania, rozdania, zrzeczenia się bez żalu. Wszystko co najważniejsze i tak jest gdzie indziej.

21 listopada osiemnastolatek z Emsdetten urządził strzelaninę w swojej byłej szkole, w ramach odwetu za drwiny i poniżenie. Zdjęcie w gazecie: chuda twarz, oczy miały patrzeć morderczo czy ostro, a widać w nich prośbę o miłość. Chłopak popełnił samobójstwo, przypadkiem nikogo nie zabił, policja przybyła błyskawicznie. Wre dyskusja, czy zabronić gier komputerowych, ale nikt się nie zastanawia jak zrobić, żeby każdy czuł się kochany i potrzebny. Czy miałaby powodzenie nowa wersja „Dziadów”, w której ludzie rzucają ziarnko soczewicy głodnej duszy samobójcy „Czego ci duszo trzeba, jadła, napoju?” I ten żal nad popsutym życiem, pokręconym, spapranym losem.

 

2006-11-29

Popsuł mi się komputer do pracy, smutno. Bo były tam też rzeczy prywatne, cała korespondencja. No i listy o maluchach, których nie zdążyłam skopiować i przenieść na komputer „prywatny”. Poczynając od drugiego roku życia, wszystko przepadło. Pozostały notatki odręczne w kalendarzach i pamięć. Zaczęłam się obawiać o całą resztę tekstów, co z nimi?.. Kopiować na dyskietki? Piszę niby niewiele, ale jak się okazuje, jednej dyskietki już jest za mało, żeby pomieścić wszystkie pliki, z którymi pracuję. Już kupiłam nowy kalendarz, będę pisać po staremu (2006 rok przepuściłam, cóż.)

 

2006-12-05

Piętnastoletni sąsiad Jagodziński wpadł, żeby odebrać pozostawioną u nas przez listonosza paczkę. Przywitałam go po polsku, bo tak już witam się z jego matką, Elizabeth Berner (tak stało na paczce). Odpowiedział po niemiecku, z wyraźnym polskim akcentem. Niech się sobie uważa za Niemca, ale czy język polski nie zasługuje na użycie? Czy używanie polskiego ujmuje niemieckości? To przypadłość nie tylko tego chłopca, który stoi na progu dużego dorosłego życia i ma prawo do braku orientacji. Pani Renata Nowak, osoba w podeszłym wieku i skądinąd miła, też uznaje tylko niemiecki w komunikacji z sąsiadami. Chociaż regularnie kupuje polskie kiełbaski Golly’ego (czy też Gołego?...). Chociaż jej niemiecki też nie jest poprawny. Jej mąż, pozdrawiając mnie, automatycznie wyjmuje rękę z kieszeni. Tego gestu u tutejszych Niemców raczej nie uświadczysz. Drobiazg, a świeci jak słońce: przychodzę z innej kultury.

 

2006-12-14

Dzieci chore, Święta nadchodzą z masą spraw, które należy załatwić. I wszystko nie kto inny tylko ja. Najpiękniejsze wiersze (a przynajmniej ich niemała część) nigdy nie zostały napisane, bo poetki musiały się zajmować gospodarstwem domowym, a co im w duszy grało, to błąka się gdzieś w eterze, amen. Mam tu na myśli poetki anonimowe, nikomu bliżej nie znane, na przestrzeni tysiącleci. Mężczyznom zawsze dopisywał zdrowy egoizm, stąd rzesze poetów, nie poetek.