Notatki na temat Rybałko
Notatki na temat Rybałko

2000-2002

 

2000-04?

Spotkanie autorskie Różewicza w “Ignis” w Kolonii. Zapiski robione na miejscu, na kolanie. Głos jak wiele innych. Stary człowiek, póki co bez charmu. Zadowolony z przekładów. Spotkanie polsko-niemieckie. Recytuje sennie, z wysiłkiem wymawiając niemieckie słowa. Po polsku - żywiej. Potwornie chrapiący buldog na kanapie. Dukanie poezji. A gdzie ogień i fajerwerki?!! A jednak mistrz słowa... Wiersz o wierszu - piękny. “Nie wyciągam go na płaski brzeg rzeczywistości...”

 

2000-06-24

Ryszard Krynicki w Kolonii.

 

2000-08-20

Tak mi się wtedy dziwnie urwało zdanie, nie miałam ochoty więcej pisać czy co? I to nie tylko tego dnia, a przez cały szereg dni następnych, przez cały rok, aż do dzisiaj. Rozpoczęło się całkiem nowe życie, w obcym kraju, w zmienionym rytmie. Przez pewien czas czułam się jak noworodek, który właśnie przyszedł na świat i tylko się rozgląda. I się uczy dosłownie wszystkiego na nowo. Porównanie jest o tyle dokładne, że określa również stan mojej świadomości: jakiejś zdziecinniałej, ślamazarnej, niezdarnej. Niedawno przyznałam się do tego wobec Franka i Eriki, wywołując w nich zdumienie, nawet zgrozę. Małżeństwo ogłupia? Jak to? A tak. Przestaję myśleć, bo wiem, że Frank pomyśli za mnie. Mogę się z czystym sumieniem pomylić, bo skutki mojej pomyłki nic a nic w rzeczywistości nie zmienią. Albo będą łatwo usuwalne. Toteż mylę się ile wlezie, gapię się z otwartymi ustami i czekam na mądrą decyzję, na załatwienie sprawy, na bezgraniczną pobłażliwość. Jasność umysłu odzyskuję dopiero podczas samotnych podróży do Polski i do Wilna. I jest to dawny rozsądek wzbogacony o nowe doświadczenia - ni mniej, ni więcej.

Myślę sobie teraz, że moja niemoc umysłowa wypływa z niemocy językowej. To ona jest częściowo odpowiedzialna za ten mój dziwaczny “waciany” stan, trwający już od roku. Stan ten się jednak zaczyna powoli zmieniać na lepsze, czego dowodem dzisiejszy zapis. Dokładniej mówiąc - chęć uczynienia tego zapisu.

Dziecko uczy się mowy przez pierwsze pięć (?) lat życia, toteż nic dziwnego, że osoba dorosła, która ma w końcu mniej chłonny mózg, traci na przyswojenie tej samej umiejętności trochę więcej czasu. Nie wierzę w błyskawiczne kursy językowe. Co ma trwać wiecznie, dojrzewa powoli - to z Szyllera. Dałam sobie z całą świadomością czas na poznawanie niemieckości. Chociaż od czasu do czasu robiłam sobie po cichu wyrzuty: powinnaś się nieco przyłożyć, poduczyć gramatyki, przeczytać jaką książkę, może nawet pisać dyktanda, a jeszcze lepiej wypracowania. Nauka z pewnością szłaby żwawiej. Ale zagnieździło się we mnie pewne niedbalstwo: nie pali się. A zresztą mam ciekawsze zajęcia niż uczenie się tego, co i tak z czasem, bez wysiłku przyjdzie. Z Frankiem do dzisiaj rozmawiam przede wszystkim po angielsku, choć tej naszej angielszczyźnie daleko do poprawności. Z mojej strony jest to malutka niecna zemsta nad tym wszechobecnym kolosem, chyba najbardziej aroganckim i zaborczym ze wszystkich języków świata. Niech ma za swoje, niech cierpi z powodu moich łamańców i nadużyć, totalnych niedoborów “a” i “the”. My i tak się rozumiemy, a błędy popełniane w obcym dla obojga żargonie wcale nie rażą niczyjego ucha. Choć nie daj Boże znaleźć się w rzetelnym angielskim towarzystwie...

Ale wracając do niemieckiego: powoli zaczynam rozumieć  w s z y s t k o  - i to jest bardzo miłe uczucie. I nawet potrafię się jako tako wysłowić. Właściwie już teraz mogę się wypowiedzieć (z dużą dozą wysiłku i nie mniejszą błędów) o każdej rzeczy na niebie i na ziemi. Zaczynam się czuć swobodnie w towarzystwie i bez paniki myślę o zbliżającym się urodzinowym przyjęciu Franka. Dla osoby piszącej niemoc językowa jest czymś szczególnie przykrym, degradującym w jej własnych oczach. Kiedy za całą konwersację ma wystarczyć wymowne spojrzenie i uprzejmy uśmiech - nie, to ponad moje siły. Dlatego początkowo tak nie lubiłam wizyt i rewizyt, co bardzo martwiło Franka, który miał wizję domu otwartego dla gości. Bycie interesującą panią domu wydaje się w tej chwili być jednym z najłatwiej osiągalnych celów. Znacznie trudniejsze będzie dziennikarskie wyjście w świat, a do tego właściwie dążę.

Moje pierwsze kroki w charakterze wolnej dziennikarki też przypominają raczkowanie niemowlaka. Jestem cierpliwa, ale nawet moja cierpliwość zaczyna niecierpliwie pożądać sukcesu. Wyraźnego sukcesu, jeżeli mam być ścisła. Ostatecznie w Wilnie potrafiłam pisać, a produkcje w tutejszych gazetach polonijnych nie zawsze imponują. A tu się zaczyna wodzenie za nos - inaczej tego nazwać nie umiem. Materiał się nie nadaje - to potrafię zaakceptować. Ale wolałabym wiedzieć od razu, że powędrował do kosza, a nie czekać tygodniami - a nuż się ukaże. A nuż a widelec. “Nagłost’ - wtoroje sczast’je” - nie wiem czemu rosyjskie przysłowie najbardziej mi tutaj pasuje. A ja tego szczęścia jednak nie posiadam, muszę się dopiero trochę pouczyć, pokierować swoim wydelikaconym poetyckim charakterkiem. Franeczek też jest mimoza, ale czasami to on mnie popycha do czynów. Do rozmowy z naczelnym, do napisania listu, do jakichkolwiek wyjaśnień.

Pisuję teraz do trzech czasopism, dwa płacą, trzecie programowo nie. Toteż to trzecie dostaje same resztki. Ale za darmo. To też jest nie do pogardzenia, jak widać. Teraz muszę się wdrożyć do w miarę regularnego pisania i do rozsądnego rozłożenia sił i akcentów. Prawdopodobnie mogłabym napisać znacznie więcej, niż te trzy czasopisma byłyby zdolne strawić. Ale sama myśl o pisaniu do kosza paraliżuje moje niezbyt wytrenowane mięśnie. Czy nie przyjemniej pogrzebać w ogródku? Tam to na pewno coś wyrośnie, a nawet zakwitnie.

Ta prasa polonijna to osobny i dosyć interesujący temacik. “Samo życie” jest niewątpliwie najbardziej fachowo redagowane, zawiera zdjęcia i inne ozdóbki. Pan Koller zebrał niezłą grupę stałych korespondentów i ich artykuły mają oczywiste pierwszeństwo. I tu leży piesek pogrzebany, bo ci panowie nie zawsze mają nastrój i humor, i werwę do napisania rzeczywiście porządnego kawałka. Trudno, piszą, co im ślina na pióro przyniesie. Ale piszą i zbyt też mają zapewniony. W “Kurierze” z Hamburga też pojawiają się stałe rubryki (jakże tu bez nich?), istnieje podział pracy i tematów, ale wydaje się również, że dodatkowy amator gazetowej pisaniny jeszcze będzie miał niemałe pole do popisu. Intelektualnie “Kurier” jest jakby lepszy, regularnie pojawiają się rubryki literackie i w ogóle związane z kulturą. Najgorszy pod wszystkimi względami (oprócz okładki ze lśniącego papieru) jest “Kurier Polonica”, w którym nie tylko że brakuje ciekawej treści, to jeszcze jest ona czasem dosyć niewybredna w formie.

 

2000-08-22

No tak, zwracam Berlinowi honor: w ostatnim numerze błyszczy nie tylko okładka, ale i reszta stron. Treść też się nieco wzbogaciła, kto wie, jakie tam zmiany zaszły. Właśnie te podwodne rafy w tutejszej prasie polonijnej bardzo mnie ostatnio zajmują. Próbuję wykoncypować na niewidziane. Mogłabym podjechać chociażby do pobliskiego Ahlen, zapoznać się z sytuacją na miejscu. Ale... Wiem, że wtedy pojawią się stosunki osobiste, czego nie chciałabym ryzykować. Teraz te wszystkie redakcje wyobrażam sobie jako rządzone przez roboty, nic ludzkiego, funkcja i tyle. Posyłając tekst E-mailem (znowu maszyna!), oczekuję, że będzie opublikowany albo nie. I żadnych komentarzy, ani pozytywnych, ani negatywnych. Taka bezosobowość początkowo wydawała mi się bezduszna i nieznośna, ale ostatnio zaczynam się w niej lubować. Pewnie tracę przez to, być może nawet materialnie. Zbyt kocham swoją obecną samotność...

Ostatni tydzień był określony przede wszystkim przez tragedię “Kurska” na Morzu Barentsa. A jeszcze bardziej, przez otoczkę tej tragedii. Jakie to wszystko jest do szpiku kości sowieckie! Czyżby Rosjanie dotąd się niczego nie nauczyli?.. Ile tych lekcji jeszcze, ile Czernobylów, Kursków musi paść ofiarą? Ale pewnie się uczą, powoli, ale coś się zmienia. Przecież podobnych “ofiarnych” sytuacji było bez liku podczas wojny - i nikt ani pisnął. A i potem, aż do Czernobyla. Prawdopodobnie ludzie przyjmowali to jako słuszne, “słuszną” śmierć, może nawet bohaterską, choć spowodowaną przecież przez niedbalstwo, brak profesjonalizmu czy nawet okrucieństwo naczalstwa. Zarówno naczalstwo jak i tzw. zwyczajni ludzie niewiele dbali (dbają) o życie ludzkie, o godności już nie wspomnę, bo wydam się sama sobie śmieszna. Istnieje tylko jedna godność: rosyjskiego narodu. Jednostka to “nul”, jak celnie zauważył Majakowski.

I teraz 118 tych jednostek zginęło “w ciągu dwóch pierwszych minut” jak to nam dzisiaj władze rosyjskie do wierzenia podały. Skoro tak było, to kto tam wystukiwał o pomoc jeszcze w poniedziałek? A może to też bujda na resorach z tym rzekomym stukaniem? To po co było wzywać zagraniczną pomoc, jeżeli od dawna nie było kogo ratować? Teraz norwescy nurkowie, po dokonaniu niezbędnych zabiegów ratowniczych oraz inspekcji, zażądali umowy czyli wynagrodzenia za dalszą pracę. Anglicy, zdaje się, w ogóle nie zostali dopuszczeni. I tu sprawa utknęła, bo najwyraźniej zapadła po cichu odgórna decyzja, żeby wrak (wraz ze zwłokami, oczywiście) zostawić własnemu losowi. A te trumny, które już w czwartek również po cichu dostarczono? Przydadzą się, czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania?

Owszem, nawet dwa. Czy uda się zwalić przyczynę katastrofy na rzekomą zachodnią łódź podwodną? I czy ktokolwiek kiedykolwiek odpowie na dokładnie zapomniane pytanie o sprawców wybuchu w moskiewskim metrze? Dopiero parę tygodni temu cała Rosja huczała od domysłów i kierowała groźne spojrzenie na Czeczenów. Teraz spojrzenie to kieruje się w przeciwnym kierunku, zatrzymując się coraz częściej na Kremlu. Jak to się zakończy - to pytanie byłoby pasjonujące, gdyby nie... No właśnie, Litwa jest jakoś za blisko tego kotła...

 

Dostałam “kropelki” Grajauskasa, z odręcznym dopiskiem. Chwała mu i za to. Owszem, w środku cała strona jego wierszy, uśmiałam się jak rzadko przy poezji. Ale motywy się trochę powtarzają. A jeszcze - cała strona analizy krytycznej jednego wiersza Grajauskasa w wykonaniu jego pupilka o szlachetnym nazwisku Kmita. Poznałam go w lutym na wileńskiej promocji “Tygla”, po szlachectwie ani śladu, przynajmniej zewnętrznie. Ale poeta z niego niezły, choć za bardzo naśladuje mentora. Nawet kiedyś Sventickas zażartował półgębkiem, jak to on: “Nie wiem, na kim wzoruje się Grajauskas, ale już są tacy, co się wzorują na nim”.

Wracając do “Kropel bursztynu”: znalazłam tam fragment słynnego dziennika Nyka-Nyliūnasa “Dienoraščio fragmentai”. Ciekawe, jak został pisany, bo opublikowane są tylko “myśli”. Może reszta z różnych względów nie nadawała się do powielania? A może żadnej reszty nie było? W każdym razie “myśli” jak to “myśli”: wielkie, średnie i psa Fafika. Znalazłam parę, które do mnie naprawdę przemówiły, a jedna nawet odpowiadała treści mego ostatniego wiersza “Inny”. Druga z kolei podsumowała to, co próbowałam wytłumaczyć niejakiemu Staszkowi z Warszawy, znajomemu Jagody: “aš esu už tradicijas, bet prieš restauraciją”. Ten chłopak bierze udział w jakimś projekcie, mającym na celu ratowanie gwar i żargonów za pośrednictwem internetowych list i “chat-roomów”. Niby wileńska gwara powinna zaistnieć na ekranie komputera i wtedy zanik jej nie grozi. Podobno udało się z jidish, lista funkcjonuje w najlepsze, a korespondenci gadają jak najęci i bardzo to sobie chwalą. Ale z wilniukami sprawa nie będzie taka prosta, jeżeli w ogóle jakakolwiek “sprawa” wyniknie. Ja w każdym razie do tego palca nie przyłożę: patrz cytatę powyżej...

 

2000-08-27

Coraz bardziej zaczyna mnie zajmować Monastyr, jego historia. Przemyśliwam już o napisaniu mini-przewodnika, a raczej jego literackiej parafrazy. Kto wie, może ten zamiar ma nie tylko ręce i nogi, ale jeszcze w dodatku okaże się sam w sobie pasjonujący. Pomaleńku gromadzą się w mieszkaniu książki i wydawnictwa w miastem związane, sporo tego jest po księgarniach. Frank też czuje potrzebę poznania swego miasta, choć jak dotąd nie czyni nic w tym celu poza kupowaniem wyżej wymienionych książek. Ale może ja się przynajmniej czegoś z nich dowiem i zdołam opowiedzieć innym.

Byłam wczoraj w Muzeum Westfalskim. Lubię muzea i samotność w nich. Zawsze wolę zwiedzać sama, zachowując własne tempo. Poszukuję na obrazach i w przedmiotach śladów bardzo konkretnie ludzkich, szczegółów, które mówią mi o twórcy i o jego czasie. Przecież ci oprawcy z Golgoty mają twarze i stroje Westfalczyków z piętnastego czy szesnastego wieku. Tak wyglądali, tak by się zachowywali w podobnej sytuacji. Na wielu obrazach z Męką Pańską przedstawiony jest mężczyzna robiący ohydną minę (zawsze taką samą: rozciąga palcami obu rąk usta do szyderczego gwizdu). Ktoś żywcem przeniesiony z ówczesnych miejsc kaźni. Zauważyłam też kogoś w uszance, typowej rosyjskiej, na wielkie zimno. Skąd się tu wzięła? No i uśmiechnięta Madonna, wyrzeźbiona na ołtarzu. Dzieciątko niestety nie ocalało. A ona się wciąż uśmiecha, siostra tej naszej, z katedralnej kaplicy Kazimierzowskiej. Nieczęsto się zdarza widzieć radość Madonny, trzeba trafu, że tego zaszczytu dostąpiłam i w Wilnie, i w Monastyrze.

Hermann tom Ring z tutejszej malarskiej dynastii - to nazwisko zapamiętam na dłużej. Po raz pierwszy dał mi odczuć światopogląd artysty oraz jego stosunek do przedstawianej osoby poprzez dzieło, poprzez wizerunek właśnie. Ciekawa jestem, jaki był ten Hermann, czy naprawdę miał takie poczucie humoru zaprawione dozą sceptycyzmu, jak to widać z jego obrazów?

 

2000-08-29

Od wczoraj w gazetach omawia się niemiły wybryk trzech pseudokibiców klubu Preussen, którzy po zakończonym meczu urządzili sobie polowanie na Murzyna wzdłuż Hammerstrasse czyli całkiem niedaleko od nas. Śmiertelnie przerażony obywatel Nigerii zdołał umknąć, a obywatele wezwali policję. Prześladowcy, skądinąd nie wyrostki - w wieku 41, 29 i 19 lat - zostali zatrzymani. Niby wszystko się dobrze skończyło, ale wyobrażam sobie, jak się czują teraz ciemnoskórzy w Monastyrze. I tak już nienajlepsze wiadomości do nich docierają...

 

2000-09-01

Na zjeździe członków Pro Retiny jestem po raz pierwszy, pewnie nie ostatni. Co raz to łapię się na myśli: jak to cudownie jest widzieć. Ta koncentracja nieszczęścia - nazywanego na różne sposoby, byle inaczej - działa jednak na podświadomość. Mam ochotę stąd uciekać jak najdalej, w normalność, mieć dookoła siebie zwyczajne, pewne siebie ruchy, a nie to ostrożne przesuwanie się. Dobrze jeszcze, jeżeli bez laski. Zgromadzenie groteskowych postaci, przecinających salę wzdłuż i w poprzek, długim białym czułkiem szybko obmacujących drogę.

Ale i to jeszcze nie wszystko. mam jeszcze oko genetyka do wyszukiwania podejrzanych nieprawidłowości. Coś mi się widzi, że ci ludzie cierpią na więcej dodatkowych przypadłości niż ogół “normalnych” osób. Naturalnie jest tu sporo otyłych, co się wiąże ze zmniejszoną ruchliwością. Ale te oczy. Jakby mniejsze na ogół, jakby częściej zezowate, spojrzenia senne. Ci ludzie często nie dbają o wygląd zewnętrzny. Z jednej strony nie mogą go dostatecznie skontrolować, z drugiej - ubierają się jak im wygodniej, a nie jak ładniej. I jeszcze: wiele osób nie pracuje zawodowo, za tym idzie niższy standard życiowy.

I jeszcze jedna myśl przychodzi mi stale do głowy: jakie to szczęście, że Frank stosunkowo dobrze widzi i że powodzi nam się wcale nie tak źle.

 

2001-01-07

Próbowałam notować w specjalnym dzienniku z datami i odpowiednimi ozdobnikami. I nic. Teraz wiem, dlaczego mnie to tak wkurza. To ściśle normowane miejsce na każdy dzień. Cholera. Może miałabym ochotę machnąć ze trzy kartki, ale nie mogę, bo mam w głowie takie klapki: w lewo nie można, w prawo nie lzia. No bo ja jestem grzeczna dziewczynka. Nadal. To nieznośne.

Teraz może pójdzie mi raźniej. Czego to człowiek w samotności swojej nie nawymyśla. Myśli są jak kwiaty, ale z pajęczyny, albo z komputerowych oparów. Niezapisane zaraz się ulatniają na amen. Gdyby mi się udało zapisać chociaż ich zapach.

Teraz cała jeszcze pachnę Wilnem. Przeliczyłam właśnie pozostałe lity i - jak ja chcę do domu! Ilu rzeczy zapomniałam zabrać. Jakbym zaraz miała wrócić. Więc po co mam taskać książki, pamiątki, spódnice? Przywiozłam za to ciepłe majtki, o które tu trudno. Jedną parę. I teraz leżą, bo się zrobiło dosyć ciepło. W Wilnie zresztą też.

Najgorsze, ze zapomniałam zabrać polskie przekłady Salomei. Ona mnie wciąż intryguje. Niewątpliwie genialna jako poetka, a jako kobieta? Co się kryje za egzaltacją w listach? Duch czasu czy płytka megalomania? A może jeszcze coś innego? My już pewnie nie możemy przełknąć takiego użalania się nad własnym dzieciństwem czy okresem pokwitania. Podobne teksty napisane dzisiaj wydawałyby się żenujące. A wtedy? W Litwie kowieńskiej? W świecie ówczesnym? Oto o dziesiątek lat starsze sąsiadki: Pawlikowska i Södergran. Każda miała swojego fioła, ale nie przypominam podobnych lamentów.

 

2002-10-27 (z maila do Eugeniusza Kurzawy)

Problem, z którym się próbujesz uporać, znam również. Ja rozwiązałam go na swój sposób. Nie mogę pisać, natchnienie mnie opuściło? A czy ktoś mi przyrzekł, ze zawsze będzie przy mnie? Jestem wdzięczna za te lata, które były piękne właśnie przez to, że pisałam wiersze. Przez to pisanie poznałam wielu ciekawych ludzi, zjeździłam trochę Polski i Litwy. Teraz nie piszę, ale mimo to jestem sobą, chyba nawet trochę mądrzejszą sobą niż przedtem. A wśród poznanych przy wcześniejszych okazjach ludzi nadal mam wielu przyjaciół i dobrych znajomych. Czy to wszystko jest nic nie warte?..

Myślę właśnie, że aby móc powiedzieć sobie i innym: "Nie jestem poetą, tylko zwyczajnym człowiekiem" potrzeba podobnej odwagi i psychoterapii co w przypadku alkoholizmu. "Jestem alkoholikiem" - to potrafi powiedzieć tylko człowiek wyleczony albo na dobrej drodze w tym kierunku. Podobnie jest z innymi ułomnościami. Nauczyłam się tego u Franka, który swobodnie mówi nowym znajomym "jestem upośledzony wzrokowo". I wiem, ze musiało minąć wiele trudnych lat, zanim udało mu się tę swobodę osiągnąć.

Kiedyś byłam sobą i poetką, teraz jestem tylko sobą, choć niewykluczone, ze kiedyś znowu będę poetką. To chyba niezła formuła. Trochę pokory wobec Wielkiej Pani zawsze się przyda.

 

2002-10-28 (z E-maila do Eugeniusza Kurzawy)

Niemiecka uprzejmość jest jak piasek, który zgrzyta w trybach twórczego umysłu. Może nawet nie zgrzyta, a po prostu niepostrzeżenie żre, jak rdza. Tu trzeba pożyć, żeby to poczuć. Pewnie nie na wszystkich działa w sposób jednakowy, ale ja tu się pewnie znalazłam za późno, żeby się temu przeciwstawić. Wiem tylko, że Wilno, właściwie pozbawione środowiska z prawdziwego zdarzenia, było dla mnie 100 razy lepszym miejscem.