Notatki na temat Rybałko
Notatki na temat Rybałko

1999

1999-05-30

Dzisiaj zaczynam pisać ten dziwny komputerowy pamiętnik, pamiętnik exodusu. Jest to czas żegnania się z całym dotychczasowym życiem, przepoczwarzania się, stawania się kim innym. Kim? Jak bardzo przypuszczalna Alicja Brunsmann będzie tożsama z Alicją Rybałko? Dziś wydaje mi się, że będzie to zupełnie kto inny, może nawet z inną pamięcią.

Pierwsze zmiany już nastąpiły. W czwartek pożegnałam się z pracą. Po raz pierwszy w życiu nie jestem związana z żadną instytucją. Dotąd przekazywały mnie sobie z rąk do rąk: szkoła, uniwersytet, Instytut, szpital. Było biednie, ale bezpiecznie. Teraz mam zrobić skok, najdłuższy w życiu. Powinnam zatem pozrywać wiążące mnie nici. Skok  m u s i  być udany.

Właśnie dzwonił Frank. Był nie w humorze, sam nie wiedział czemu. Pewnie wiedział, albo się przynajmniej domyślał, tylko nie miał ochoty się z tym dzielić. Nie nalegałam, starałam się być kochająca i kojąca, nawet wesoła, broń Boże nie zastanawiać się nad konsekwencjami takiego braku humoru w przyszłości.

A ja akurat miałam za sobą kilka udanych dni. Wiele sympatii i wyrazów uznania jako plon całego niemal czterdziestoletniego życia. I wspomnienie wytrzeszczonych trzech par oczu na moją wzmiankę o tej czterdziestce: “Co? Niemożliwe!” Speszyłam się, a jakże, i wycofałam w możliwie najzręczniejszy sposób.

Dziś był ostatni wieczór Wiosny Poezji. Może nie ostatniej dla mnie. Poszłam na bankiet, gdzie poznałam się bliżej z Abrutytė i Kukulasem. Dziwne, ale oboje - pośrednio bądź bezpośrednio - wyznali mi to samo: że mnie obserwują od jakiegoś czasu i uznają za postać legendarną. Kukulas był bardzo szczery, mówił, że dzięki Deimancie przestał pić i jest z tego powodu szczęśliwy. Ja to również po cichu uznaję za cud. Jeszcze w 1993 roku po imprezie w Kownie wieziono Valdasa w stanie całkowitej nieważkości i tylko z trudem udało się go jakoś wwindować do mieszkania, którego numeru zapomniał. Miłość wiele potrafi, ale niezbędna jest jeszcze szczęśliwa kombinacja genów, bez której nie da się wyjść bezkarnie z nałogu. Tyle ex-genetyk.

Abrutytė jest z kolei dosyć delikatna i na pierwszy rzut oka spragniona twardej macierzyńskiej ręki. Moje próby udawania rówieśnicy były chyba bezskuteczne. Jestem wykładowcą. Dėstytoja. A ci studenci spoglądają z szacunkiem. Im dalej tym częściej tak będzie. Ale to mi właściwie odpowiada. Albo mnie słuchają, albo nie mam zamiaru w ogóle mówić.

Wolność to rzecz wspaniała. Jutro nie muszę śpieszyć do pracy. I przez dosyć długi czas nie będę musiała. Trochę ta rozkosz jest zaprawiona lękiem o jutro. Ale stypendium w wysokości 563 litów jest w stanie ten lęk unieszkodliwić, przynajmniej na pewien czas.

Słowo, najczęściej przychodzące mi na myśl: zobaczymy.

 

1999-05-31

Poniedziałek. Dziś wszystko poszło jak z płatka. Paszport już był gotowy, tłumaczka nie zawiodła, wysłałam cały pakiet papierów przed 12-tą, co oznacza, że już dziś powędruje do Monastyru. Ach, Monastyr! Podoba mi się to słowo. Pytałam Renate Schmidgall, czy istnieją w Niemczech miasta z legendą. Poza Weimarem, oczywiście. Pokręciła przecząco głową. Niemcy tego nie znają. Ale może nie zrozumiałyśmy się. W każdym razie chciałabym trochę monastyrczyków pomęczyć pytaniami o legendy miejskie, o tajemnice i mity. Już udało mi się sprawić, że Frank polubił swoje własne miasto - jedynie dzięki obserwowaniu mojego egzaltowanego stosunku do Wilna. Owszem, mój miły jest podatny na sugestie, ale może znajdą się jacyś inni podatni.

Mam tyle do zrobienia, że nie wiem od czego zacząć. Próbuję spisywać jakieś listy prac do wykonania, ale potem mam wstręt do tych karteluszków. Już wolę robić wszystko po kolei, oby tylko było zrobione i wzruszać w duchu ramionami nad własnym poprzednim rozmamłaniem. Nie ma ciepłej wody, więc póki co pranie odpada. Mogę za to przebrać papierzyska, które przyniosłam z pracy. Część z nich nadaje się wyłącznie na przemiał, ale która to część? Mogę też maksymalnie uporządkować sprawy antologii. Przeczytać lektury obowiązkowe. P o b y ć  z  r o d z i c a m i.

 

1999-06-03

Czwartek. Wróciłam właśnie ze spotkania z Jaanem Kaplinskim, które odbyło się w ambasadzie Estonii. Wrażenia: poczucie olbrzymiego psychicznego dyskomfortu, jakby się chciało - bezskutecznie - zrzucić z siebie jakieś nieczystości. Po zetknięciu się z poezją nie powinno się wychodzić w podobnym nastroju.

Próbuję analizować swoje uczucia i odczucia, ale idzie mi opornie. Owszem, facet sprawia dobre wrażenie. Nawet wrażenie dobrego człowieka. Jest niewątpliwie intelektualistą. Ale - i tu powtórzę swoją ostatnio ulubioną maksymę - nikt nie potrafi być tak głupi jak człowiek mądry. Taki jeżeli już błądzi, to kapitalnie i z kretesem. To co on pisze już dawno przestało być poezją. Przydałoby mi się tu zdanie jakiegoś prawdziwego Estończyka, który nie tylko potrafi ocenić stan obecny, ale i porównać go ze stanem sprzed lat. Ale nie to jest najistotniejsze. Kaplinski pisze również po fińsku i po angielsku. O mały figiel pisałby po rosyjsku, ale trochę mu tam wiedzy o rosyjskości brakuje. I całe jego przemówienie zmierzało ku temu, że ta wielojęzyczność w pisaniu to stan normalny i naturalny. Natomiast pisarz nie znający żadnego języka nie zasługuje na najmniejszą uwagę.

Można byłoby to jeszcze jakoś znieść, gdyby jego angielskie wiersze rzucały na kolana. Ale jakoś nie rzucały. Przynajmniej mnie. Typowe wiersze o niczym, pisane przy oknie, z dala od życia. Zresztą tak nam sam powiedział. Biedny lingwista.

Zadałam Kaplinskiemu pytanie, a jakże. Na początek spytałam, czy zgadza się, że wiersz jest kwiatem na drzewie języka i kultury. Zgodził się po wahaniu. Więc ja pytam dalej, czy nie sądzi, że pisząc po angielsku produkuje sztuczne kwiaty, które nie pachną. On na to, że ocenę pozostawia czytelnikowi.

Miałam przy sobie tomik z czterema estońskimi poetami po polsku, jednym z tłumaczy był Aarne Puu. Zastanawiałam się, czy poprosić o autograf przy nazwisku Kaplinski. Teraz żałuję, że się na to zdecydowałam. Nie lubię mieć autografów dla nich samych, autografów ludzi mi obojętnych. Miałam nadzieję, że się nawiąże jakiś serdeczniejszy kontakt, rozmowa. Pretekstów było co niemiara: stary tomik po polsku, znany nam obojgu Aarne, wreszcie moje pytanko. Ale zrozumiałam, że on jak ognia boi się życia, prawdy, dyskusji. Nie interesuję go. Po prostu. Widziałam jego oczy: lękliwe i unikające spojrzenia w głąb. Podpisał mi się i tyle. Zna Aarne, zna to wydanie. No comments.

 

1999-06-05

Wczoraj miałam szalony dzień: wiele spotkań, kilka telefonów. Ciągle czułam, że już już, a nie nadążę. Spotkałam Rutę po długim, bo tygodniowym okresie niewidzenia się i nie słyszenia. Myślę, że gdyby nie wspólne nam miasto Monastyr, nie miałybyśmy ze sobą za wiele do gadania. Coraz mniej obiektywnie wspólnych spraw nas łączy. Bo już ani praca, ani ten wiecznie wzbudzający emocje VK. Tylko Monastyr i jego sprawy.

 Coś mnie natchnęło, żeby czytać Orzeszkową, i to nie żadną klasyczną powieść, a naiwnie-kiczowaty “Pamiętnik Wacławy” w dwóch tomach. Kiedyś, w czasach pensjonarskich, zachwycałam się nim, potem dostrzegłam wszystkie możliwe wady tego moralizującego romansu dla dorastających panienek, a teraz z kolei odnajduję w tej książce zapach swojej niebyłej białorusko-polskiej młodości. Przecież ja tych czasów nie mogę pamiętać, ani tych salonów, ani tych problemów znać nie mogę z autopsji. Ale jest tam ukryta jakaś głęboka prawda o tych ludziach, którzy żyli wprawdzie przynajmniej sto pięćdziesiąt lat temu, ale ich geny krążą wśród współczesnych mi osób. Czas na kresach zawsze idzie wolniej niż w centrum.

Wczoraj dowiedziałam się ciekawej rzeczy: otóż car (Aleksander? Mikołaj?) miał zwyczaj co sobotę punktualnie o 11.00 przeglądać listę osób, które w ciągu ubiegłego tygodnia opuściły Moskwę bądź do niej wjechały. Ludzi w owych czasach było stosunkowo niewiele, godnych uwagi intelektualistów czy szlachetnie urodzonych - jeszcze mniej. Toteż władcy Wszechrosji podobna kontrola nie sprawiała wielkiego trudu. Istnieć i działać pod bacznym okiem cara: czyż świadomość tego nie miała wpływu na podświadomość XIX- wiecznego obywatela? Ile jeszcze było takich czynników, o których dzisiaj nie pamiętamy, których po prostu nie bierzemy pod uwagę, starając się sobie wyobrazić tamte odległe czasy i ich bohaterów?

 

Münster oglądany przeze mnie w 1999

“Berlin, du deutsche, deutsche Frau...” - tak śpiewał pewien niemiecki sentymentalny piosenkarz o stolicy, nota bene również częściowo na pewien czas utraconej i podzielonej. Piosenek o Monastyrze nie zdarzyło mi się słyszeć. Jeżeli jakaś istnieje, to na pewno nie jest powszechnie znana. Parafraza rodem ze Lwowa: “Münster - morowy nasz gród” wydaje zbyt rubaszna i raczej nie do pomyślenia. Westfalczycy są przecież tak powściągliwi...

Ale to jest chyba jednak niesprawiedliwe. Miasto Münster, w wersji polskiej - Monastyr (nota bene, ta nazwa jest bardziej zbliżona do pierwotnego Monasterium), a zatem miasto, które w ciągu dwunastu wieków swojego istnienia obrosło nie byle jaką tradycją, zasługuje na równie nie byle jakie sentymenty. Miasto fotogeniczne, uwiecznione na obrazach i niezliczonych zdjęciach, nie za duże, nie za małe, w sam raz do życia. W księgarniach zawsze znajdzie się kącik dla przewodników oraz książek o miejskich zabytkach, osobliwościach, historii, legendach, ludziach. Autorzy zadbali o dokładne informacje na każdy możliwy miejski temat. Jednak gdy przychodzi co do czego, to się okazuje, że ogromna większość bywalców starówki nie ma o jej przeszłości zielonego pojęcia. Całkiem jak w Wilnie...

►▼◄

Można sobie wyobrazić, jak się poczułam, kiedy stojąc na balkonie u przyszłej teściowej usłyszałam “ruskuju inteligentnuju recz” z balkonu obok i powyżej. Prawie swojsko. W okolicy mieszka chyba sporo Rosjan, tzn. Niemców z Kazachstanu (chyba?), bo słyszałam również jakieś dziewczyny na ulicy. Jesteśmy w domu. Słowiańszczyzna rodzona. Świat nie jest taki duży, przynajmniej nie tutaj.

►▼◄

Pogoda u nas aksamitna, jest raczej chłodno, albo tak w sam raz. Chmury nad Monastyrem są rozmamłane, żadnych pierzastych czy cumulusów. Słońce gości tu rzadko. Tutejsze przysłowie głosi: jeżeli ciągle pada deszcz i biją dzwony, to znak, że jesteś w Münster.

►▼◄

Obejrzałam sobie Standesamt (Urząd Stanu Cywilnego) od środka i od zewnątrz. Bardzo urzędowo, młode pary. A tak, widać przecież rozsypane konfetti i nawet ziarenka ryżu. W pokoju "ślubnym" mieści się zaledwie 12 osób, parkować ma prawo tylko jeden samochód i to tylko przez żadnej romantyki. Dwa razy pytałam, czy to tymi niepozornymi bocznymi schodkami zstępują po ślubie godzinę. Piętnaście minut przed i po ceremonii, która trwa nie dłużej niż pół godziny. Oto są realia kapitalistyczne.

►▼◄

Byłam w bibliotece miejskiej, niewiele się po niej spodziewając. Ale nie jest tak źle. Znalazłam dwie półki (niepełne) książek polskich. Jest "Lalka", "Transatlantyk", nawet Mrożek i Hłasko, wydanie paryskie. Właściwie sami porządni autorzy.

►▼◄

Wczoraj zetknęłam się po raz pierwszy z Rosjanką. Oczy miała nie tylko chłodne, ale i wrogie. To coś niezwykłego w tym kraju, gdzie ludzie są zazwyczaj ufni i przyjaźni. Irina Zielke mieszka w niezłej dzielnicy, w pięknym domu i jest tłumaczką z rosyjskiego na niemiecki. Moja metryka musiała być przetłumaczona ponownie. Sądziłam, że pogadam z nią, zapytam o tutejszych Słowian. Nici z tego. Ona najwyraźniej nie miała ochoty na przyznawanie się do swojej rosyjskości. Mogła sobie zmienić ubranie, sposób bycia, nawet akcent. Ale jej pochodzenie wypisane jest w jej oczach. Jak w tym kawale: ”Kto raz ozwiereł...”

►▼◄

Przeglądałam dziś książkę telefoniczną Monastyru. Chyba tylko połowa nazwisk jest niemiecka. Reszta to polskie i tureckie(?). Chodzi oczywiście o etymologię, nie o narodowość właściciela. Znalazłam nawet panią Ingmar Rybalka. Niektóre nazwiska mają na sobie patynę wieków. Tak mi się przynajmniej zdaje. Mogłyby pochodzić z zamierzchłych czasów jagiellońskich...

►▼◄

Daję sobie z całą świadomością czas na poznawanie niemieckiego. Chociaż od czasu do czasu robię sobie po cichu wyrzuty: powinnaś się nieco przyłożyć, poduczyć gramatyki, przeczytać jaką książkę, może nawet pisać dyktanda, a jeszcze lepiej wypracowania. Nauka z pewnością szłaby żwawiej. Ale zagnieździło się we mnie pewne niedbalstwo: nie pali się. A zresztą mam ciekawsze zajęcia niż uczenie się tego, co i tak z czasem, bez wysiłku przyjdzie. Z Frankiem do dzisiaj rozmawiam przede wszystkim po angielsku, choć tej naszej angielszczyźnie daleko do poprawności. Z mojej strony jest to malutka niecna zemsta nad tym wszechobecnym kolosem, chyba najbardziej aroganckim i zaborczym ze wszystkich języków świata. Niech ma za swoje, niech cierpi z powodu moich łamańców i nadużyć, totalnych niedoborów “a” i “the”. My i tak się rozumiemy, a błędy popełniane w obcym dla obojga żargonie wcale nie rażą niczyjego ucha. Choć nie daj Boże znaleźć się w rzetelnym angielskim towarzystwie...

►▼◄

Odkryłam na dworcu polskie gazety!!! Na początku czekało mnie rozczarowanie, bo spodziewałam się tego samego co na Litwie: informacji z tegoż kraju. A tu oni traktują o Polsce. Jedna gazeta (tygodnik) jest nawet drukowana w Łodzi. Nazywa się “Angora” i jest kompilacją różnych artykułów z polskich gazet. Druga - “InfoTips” - jest wydawana i drukowana we Frankfurcie. Poza informacjami z Polski zawiera też trochę porad prawnych dla emigrantów. Najciekawsze wydają mi się listy od czytelników i ogłoszenia, bo pochodzą z Niemiec. “Młode panie w knajpie zatrudnię...” Ale na szczęście jest jeszcze naprawdę “tutejszy” dwutygodnik “Samo życie”. Okazuje się, że redaguje go jedna osoba, i to całkiem niedaleko, w Ahlen. Korespondencje z całych docierają za pośrednictwem Internetu. Druk: ul. Wiosenna, Szczecin. Wnioski dla prasy wileńskiej? Hm, wnioski...

►▼◄

Ostatnio byłam na podwójnych urodzinach: matki i synka. Kinderbal z gromadą dziarskich dwu- i trzylatków. Z braku możliwości normalnej rozmowy (mój kulawy niemiecki!) zajmowałam się obserwacjami. Bachorki jak bachorki, w miarę rozwydrzone, ale to pewnie znak czasu. Dorośli stanowili ciekawą grupę, właściwie żadnej normalnej rodziny. A to ojciec z dzieckiem, a to matka z dzieckiem i przyjacielem. Samotne wdowy, samotny chamowaty starszy wdowiec (do nowo poznanego, na cały głos: "A, to pan jest ten bezrobotny!"). Przypadkowa grupa, czy przekrój społeczeństwa?...

►▼◄

Tylko żadnych gęsi, poproszę. Również żadnych kur i krasnali do ozdoby ogródka, tarasu, balkonu, przedpokoju, łazienki itp. Toleruję tylko tego glinianego królika i wyłącznie dlatego, że ulepił go w dzieciństwie wybranek mego serca. Ale dzisiaj wpadłam. Helma zaoferowała mi taką niewielką glinianą kurkę, nawet ładną. Nie, nie, tylko nie to - byłam trochę za bardzo emocjonalna. W obecności poczciwej Brigitte, która, jak się później okazało, tę kurkę sporządziła. “To nie lubisz kur?” dopytywała się wyraźnie zmartwiona. Ale może lepiej jest wszystko wyjaśnić od razu, jednym cięciem. Na wypadek ewentualnych niepożądanych prezentów...

►▼◄

Na Wesołym Pagórku. A może raczej Na Wesołym Wzgórzu? Tam właśnie mieszkam, Alicja z Wesołego Wzgórza: Am Berg Fidel. Zabawne, ale wzgórza na osiedlu trochę trzeba poszukać. Rozmaitej wysokości domy jakoś tak niwelują naturalną falistość gruntu. Dobrze i demokratycznie pomyślane: nikt nie powinien się wynosić nad innych z tego powodu, że mieszka w parterowym bliźniaku z kominkiem, a nie na piątym piętrze szarego bloku. I tak adres będzie ten sam.

Nad całym Radosnym Pagórkiem góruje Biały Olbrzym, niewątpliwie najwyższy obiekt w okolicy. Ze szczytu tego spiętrzonego na kształt meksykańskiego puebla wieżowca można zobaczyć nie tylko, kto aktualnie wygrywa na pobliskim Stadionie Pruskim, ale i spenetrować wzrokiem niemały kawał Münsterlandu.

Starzy ludzie powiadają, że dobrych kilkadziesiąt lat temu stała tu jedna zagroda, a dokoła rozciągały się nieszczególnie uprawne piaski. Rolnik ubił z ojcami miasta dobry na owe czasy interes, sprzedając swoje grunty za 1,5 miliona marek. Wtedy zaczęło powstawać dzisiejsze Wesołe Wzgórze, reklamowane jako szczególnie odpowiednie miejsce dla rodzin z dziećmi. Miało tu być bowiem mnóstwo placów zabaw i wszelakich rozrywek w nadmiarze. Obietnice spełniono, nie powiem. Placyki pobudowano, nawet dość atrakcyjne. O takiej zapierającej dech w piersi zjeżdżalni mogłabym tylko w swoim czasie pomarzyć. Ale dzieci na Berg Fidel wyraźnie w najnowszych czasach ubyło. Tamci milusińscy z czasów pierwszych osiedleńców już sami mają dzieci i do tego gdzie indziej. Teraz na zjeżdżalniach Wesołego Wzgórza rzadko kiedy rozbrzmiewają wesołe okrzyki, a jeżeli już - to po rosyjsku albo po turecku.

Bo też jest Berg Fidel jedną z wielojęzycznych wysepek w tym morzu westfalskiej niemieckości. Na tablicy przy rzeczonym Stadionie Pruskim widnieje wiernopoddańczy napis cyrylicą: “Sława KPSS!” - dalibóg, podobnego hołdu kompartia nie odbiera już nawet w Moskwie. Chyba połowa ekspedientek sklepu spożywczego “Edeka” - centralnego punktu osiedla - zna dogłębnie rosyjski, nawet paru eleganckich urzędników Sparkasse nie jest wolnych od tego piętna. Turcy, Chińczycy, Irańczycy i inni Persowie obnoszą dumnie swoje pochodzenie wypisane na twarzy. Gorzej ma Herr Siekierowski, który jest Niemcem z dziada i prababki, ale którego bardzo łatwo pomylić z Polakiem, zarówno z nazwiska jak i z fizjonomii. Kiedy się odezwie - a odzywa się wyłącznie po niemiecku - rozumiem go doskonale, choć na ogół miewam trudności z klasyczną niemczyzną. Takie już ma niewydarzone, wschodnie podniebienie. Cierpi więc Herr Siekierowski, ale jeszcze bardziej jego niewinna czystokrwista niemiecka połowica, która nie dość że miała to nieszczęście, iż się urodziła na Śląsku, a potem się raptem znalazła za wschodnim kordonem i musiała repatriować, to jeszcze na domiar złego wyszła za tego Siekierowskiego, a nie za jakiegoś przyzwoitego Baumanna czy Wenzla.

Nadchodzi wiosna i cały Radosny Pagórek rozbrzmiewa równie radosnym śpiewem ptasząt, których jest tu niebywałe mnóstwo. Stateczne babuszki nie odważają się jeszcze zrzucić czap z szarego koziego puchu, ale figlarne czarnookie Turczynki czekają na “piątkę” porozpinane i z dekoltami do pasa. Przy schludnych piętrowych domkach przyciągają wzrok okryte żółtym puszkiem kotki na mini-wierzbkach. Od czasu do czasu ziemia Radosnego Pagórka drży z lekka: tory kolejowe przecinają jego podnóże wzdłuż i wszerz. Czy przydałaby się tutaj mała romantyczna stacyjka dla miłośników podróży pociągiem? Kto wie. Może to lepiej, kiedy wagony przelatują pod mostkami dla pieszych, budząc niejasną tęsknotę za dalekimi obcymi - albo i własnymi - krajami?

Am Berg Fidel słychać nie tylko łoskot pociągów, ale i dzwony z wieży kościoła Św. Gotfryda. Niedaleko jest ten kościół, ot, wystarczy dziesięć minut, żeby przebiec mostek ponad torami, park, przeskoczyć przez jeszcze jedne tory i już go widać, jak się wznosi ponad wierzchołkami drzew. Mieszkańcy Wesołego Wzgórza wolą jednak słuchać tych dzwonów z bezpiecznej odległości. Zresztą dźwiękoszczelne szyby znakomicie potrafią chronić ich prywatność. Ech, ten wieczernij zwon...

I już zapada wieczór nad Radosnym Wzgórzem. Jeszcze jakiś samotny rowerzysta pokonuje półkole zakrętu dookoła Preussenstadion, śpiesząc na Abendessen w przytulnym świetle małego ekranu. Jeszcze podskakuje pod drzewkiem jakiś zapóźniony piesek, a jego właściciel przypatruje się księżycowej pełni, niecierpliwie szurając nogami. To pewnie szczęściarz z bliźniaka, pieski, kotki i inna “żywiołka” w blokach są surowo wzbronione.

Śpij słodko, Wesołe Wzgórze, jutro będzie nowy dzień, koniecznie choć z odrobiną radości. Jak przystało temu miejscu. Wszak nazwa do czegoś zobowiązuje.